Wiadomości
Imieniny:
Kacpra, Melchiora, Baltazara
Wtorek, 6 stycznia 2009 r.
Czytelnicy on-line: 140
Zmiana za kierownicą
niedziela, 24. lutego 2008 , 00:07
- Dopiero jak drugi tydzień jeździłam na autobusie, wygadałam się mężowi. Byliśmy akurat u teściowej na kolacji. Przez tydzień narzekał. On w ogóle by wolał, żebym siedziała w domu, a tu taka "niekobieca" praca
Kobieta za kierownicą warszawskiego autobusu: * dostaje cukierki, kwiatki, dżemy domowej roboty, * słyszy od wysiadającego pasażera: "Cieszę się, że jakoś dojechałem", * od pasażerki słyszy: "Baby do garów!", * powoduje, że przechodzień, gapiąc się na nią, wpada na latarnię, * wysłuchuje pytań w stylu: "Jak właściwie się do pani zwracać: kierowca... czy kierownica?"
Jak przetrzeć szybę w spódnicy?



O godz. 11 Justyna Cackowska zabiera się za sałatkę z pomidorów. Dla drobnej blondynki sałatka w pomieszczeniu socjalnym w zajezdni na Woronicza to pierwszy posiłek. O godz. 3.30, kiedy musi wstać do pracy, raczej nie myśli o śniadaniu. Przeciera tylko oczy, myje się i wkłada mundur kierowcy: niebieska koszula, granatowe spodnie i marynarka. Kobiety mogą wprawdzie liczyć na wersję ze spódniczką, ale Justyna wątpi w jej użyteczność: - Jak to by wyglądało, gdybym wspinała się na zderzak, żeby przetrzeć przednie szyby?
W zajezdni trzeba być 15 minut przed wyjazdem o 5.30. Justyna zawsze jest wcześniej, żeby mieć pewność, że z wszystkim zdąży. Bierze z dyspozytorni papiery wozu i tablice z numerem - dziś podmiejski 710. Potem idzie na "grzędę", czyli autobusowy parking, by znaleźć swój wóz.
Denerwowała się właściwie tylko przed pierwszym wyjazdem w miasto. Tata poradził, by dzień wcześniej swoim samochodem przećwiczyła trasą autobusu. Kazał robić notatki.
- Gdyby ktoś powiedział mi parę lat temu, że zostanę kierowcą, nie uwierzyłabym - śmieje się Justyna. Ma 24 lata, skończyła Technikum Hodowli Koni, teraz studiuje resocjalizację na prywatnej uczelni. - Kiedyś przy kolacji tata, kierowca od 28 lat, zażartował, żebym przyszła pracować do Miejskich Zakładów Autobusowych. Mama się uśmiała.
Justyna z piskiem ogania się od wysokiego bruneta, który zaczyna podjadać jej sałatkę. Inni kierowcy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. - Wypatrzyłem ją w ekspedycji na Wilanowskiej - z dumą opowiada Robert Cackowski, od niedawna mąż Justyny. - Następnego dnia już na nią czekałem. Przedstawiłem się, a Justyna zaprosiła, żebym towarzyszył jej w szoferce podczas jazdy. Byłem zdziwiony, że kobieta tak dobrze sobie radzi za kierownicą autobusu.
Nie wiedział wtedy, że Justyna zajęła trzecie miejsce w zawodach dla kierowców ciężarówek w Krakowie w 2006 r. Zatrzymuje TIR-a 20 cm przed wózkiem dziecięcym oraz przejeżdża po "śpiącym policjancie", tak, że nie wylewa się woda ze szklanki na desce rozdzielczej.
Kobieta chce dojechać
Justyna jest jedną z 22 kobiet, które wśród ponad 3 tys. kierowców pracują w warszawskich zakładach autobusowych. Na kursach na prawo jazdy kategorii D uczy się 14 kolejnych - 10 proc. kursantów. W ostatnie wakacje w warszawskich autobusach pojawiły się kolorowe plakaty wołające: "Kobieta jest stworzona do kierowania autobusem". To efekt burzy mózgów w zakładach autobusowych, którym kierowcy powyjeżdżali do lepiej płatnej pracy za granicę i nagle zrobiło się miejsce dla 150 nowych. Bezrobotnych wprawdzie nie brakuje, ale wielu po sfinansowanym przez urząd pracy kursie (5 tys. zł), zamiast zatrudnić się w Warszawie, uciekało do Irlandii.
To Anna Jurzyk, ówczesna dyrektor ds. personalnych, wymyśliła, by ściągnąć kobiety: - Krzysztof Hołowczyc opowiedział kiedyś taką anegdotę: Kobieta podczas jazdy ma tylko jeden priorytet - dojechać do celu. Mężczyzna musi udowodnić sobie i innym, że jest najlepszy. W autobusach to widać. Jurzyk reklamuje, że miejskie autobusy zapewniają elastyczne godziny pracy, dzięki czemu kobietom łatwiej ją pogodzić z prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci.
Nigdy nie miałam otarcia
Katarzyna Grudzińska, energiczna 45-latka, akurat szukała pracy, gdy na autobusie linii 50 zobaczyła plakat. - Wcześniej pracowałam w punktach obsługi klienta, ostatnio w hurtowni części hydraulicznych. Po 10-12 godzin dziennie, często w weekendy. Zarabiałam 1300 zł na rękę, musiałam się prosić, żeby podpisali ze mną umowę o pracę. W końcu powiedziałam: "Dosyć!". Wysyłałam CV do 70 firm, oddzwonili z zaledwie kilku. Kiedy dowiadywali się, ile mam lat, machali ręką: "My szukamy kogoś do 35 lat. Potem zaczną się choroby, zwolnienia.". A przecież ja jestem zdrowa, mam dużo energii, dziecko wychowane.
Posada kierowcy kusiła Katarzynę, ale bała się, że sobie nie poradzi w zupełnie nowej dziedzinie. Przekonał ją syn Piotrek, jedynak, którego wychowała sama, bo mąż wyjechał do Stanów i przez tę rozłąkę się rozwiedli. Kiedy przyszła pierwszego dnia na kurs, w 40-osobowej grupie było aż pięć kobiet.
Katarzyna ceni sobie pracę w MZA, bo to "stabilna firma". - Mam już dosyć ciągłej obawy, że nagle mnie zwolnią. Jestem w takim wieku, że muszę zarobić na emeryturę. Jestem dobrym kierowcą, wszyscy to mówią, nigdy nie miałam otarcia, nie mówiąc o stłuczce. Może jakiś kredyt sobie wezmę?
Wydało się na kolacji u teściowej
- Dziewięć lat temu MZA to było piekło dla kobiety - opowiada Bożena Stolarska (dziś ma 44 lata). Gdy zaczęła pracę w zajezdni na Stalowej na warszawskiej Pradze, inni kierowcy się nawet do niej odzywali. - Kiedyś siedziałam na stołówce. Wszyscy się śmiali, żartowali, a ja w kącie czytałam książkę. "O, a ta czytać tu przyszła" - rzucił jeden. Coś we mnie pękło. "Ty lepiej swojej żony pilnuj!" - odgryzłam się. Wtedy coś się przełamało. Facetom trzeba pokazać, że nie da się sobie w kaszę dmuchać. Trzeba nauczyć się ich języka. Ale ja się nie integruję, nie rozmawiam z nimi na prywatne tematy. Robię swoje i trzymam dystans.
Pani Bożena skończyła liceum ekonomiczne, a potem przez 12 lat nie pracowała. Mąż, z zawodu kierowca ciężarówki, nalegał, by została w domu z dziećmi. Kiedy sytuacja finansowa pogorszyła się, poszła pracować na kasę do sklepu. Męczyła się. - Pewnego dnia kolega, który pracował w MZA, powiedział mi: "Bożenka, jak ty umiesz jeździć, lubisz jeździć, to chodź do zakładu".
Nie ukrywa, że przyciągnęła ją też pensja. Wtedy w sklepie dostawała na rękę 450 złotych. W MZA na początek dawali 1300.
Zrobiła kurs i zdała egzamin za pierwszym podejściem.
- Mężowi nic nie mówiłam, że robię ten kurs. Nie chciałam mieć w domu żadnego gadania. Wiedziałam, że będzie niezadowolony - opowiada Bożena. - Kłamałam, że uczę się obsługi komputera, żeby znaleźć pracę w biurze. Dowiedział się jak już drugi tydzień jeździłam na autobusie po mieście. W którąś sobotę przy kolacji teściowa zapytała, jak mi idzie w pracy. "Całkiem dobrze mi się jeździ" -odpowiedziałam. Mąż zrobił wielkie oczy: "Jak to się jeździ, przecież ty miałaś w biurze pracować!" - krzyczał. Próbowałam mu tłumaczyć, że tu lepiej płacą. Cały tydzień narzekał, że będę sama jedna w tłumie facetów, że na pewno znajdę sobie innego i go zostawię. Zazdrosny był po prostu, ale w końcu się przyzwyczaił. On w ogóle wolał, żebym siedziała w domu, a tu taka "niekobieca" praca.
Tylko tramwaj nie jest dla mnie
39-letnia Magdalena Makowska była pierwszą kobietą, którą 11 lat temu warszawskie autobusy przyjęły na kierowcę. Do dziś pracuje na drugim etacie: pielęgniarki. - We wtorek byłam od godz. 7 do 19 w szpitalu, w środę jeździłam autobusem od 12 do 15, potem od 19 do 7 rano szpitalu i w czwartek od 14 znów autobus - wylicza.
Większość koleżanek Magdy ze szpitala ze względu na niskie płace pracuje na dwóch etatach. - Ja lubię być zajęta. Jak nie mam nic do roboty, dostaję świra. Nie mam męża ani dzieci, więc jakoś to godzę. Jeździć chciała od zawsze: - Jak miałam 20 lat, zrobiłam prawo jazdy i kupiłam sobie syrenkę. Potem był "maluch", duży fiat, tavria. Mamusia załamywała ręce i mówiła, że mi się to na nic w życiu nie przyda. A ja pracowałam w szpitalu i za odłożone pieniądze kupowałam kolejne samochody.
Do 1996 r. obowiązywało w Polsce rozporządzenie, które zakazywało kobietom wykonywanie ponad 90 zawodów, w tym zawodu kierowcy ciężarówki. Magda zatrudniła się, gdy tylko usłyszała, że w Gdańsku jakaś kobieta pracuje jako kierowca autobusu, bo rozporządzenie zniesiono.
- Ja nie mogę słuchać, jak koledzy narzekają, że nie chce im się wyjeżdżać na trasę, że znowu będą musieli wysłuchiwać narzekań pasażerów. Ja do jazdy podchodzę z pasją. Żeby była fajna trasa, to musi być długa i trudna. I jeszcze musi być dużo ludzi w autobusie, a do tego najlepiej złe warunki atmosferyczne. Wtedy mam prawdziwą satysfakcję. Albo kiedy jestem lepsza od mężczyzn. Na trasie autobusu 122, na skrzyżowaniu Kochanowskiego i Rutkowskiego tuż przy zakręcie, blisko ulicy stoi kosz na śmieci. Kierowcy nie wyrabiają się i zahaczają o ten kosz, są na nim ciągle nowe ślady czerwonej farby. Ja nigdy nie zahaczyłam. Nie mogłabym tylko prowadzić tramwaju. To jest choroba sieroca, nie jazda.

żródło: Gazeta Wyborcza 22.02.08
» Wstecz
Wyślij tekst znajomemu Drukuj
KOMENTARZE
  9393    czwartek, 25. września 2008 , 20:06:41, ID (ip): c00e4c
 

 
  spedytor    wtorek, 26. lutego 2008 , 12:06:04, ID (ip): b0fc0d
 

 
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Spedycje.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
 
 
 
 
 SONDA
Jaki znasz język obcy?
angielski
francuski
hiszpański
niemiecki
rosyjski
włoski
inny
nie znam żadnego
 
Arsped Sp. z o. o. 2007 - Wszelkie prawa zastrzeżone