- Dopiero jak drugi tydzień jeździłam na autobusie, wygadałam się mężowi. Byliśmy akurat u teściowej na kolacji. Przez tydzień narzekał. On w ogóle by wolał, żebym siedziała w domu, a tu taka "niekobieca" praca
Kobieta za kierownicą warszawskiego autobusu: * dostaje cukierki, kwiatki, dżemy domowej roboty, * słyszy od wysiadającego pasażera: "Cieszę się, że jakoś dojechałem", * od pasażerki słyszy: "Baby do garów!", * powoduje, że przechodzień, gapiąc się na nią, wpada na latarnię, * wysłuchuje pytań w stylu: "Jak właściwie się do pani zwracać: kierowca... czy kierownica?"
Jak przetrzeć szybę w spódnicy?
O godz. 11 Justyna Cackowska zabiera się za sałatkę z pomidorów. Dla drobnej blondynki sałatka w pomieszczeniu socjalnym w zajezdni na Woronicza to pierwszy posiłek. O godz. 3.30, kiedy musi wstać do pracy, raczej nie myśli o śniadaniu. Przeciera tylko oczy, myje się i wkłada mundur kierowcy: niebieska koszula, granatowe spodnie i marynarka. Kobiety mogą wprawdzie liczyć na wersję ze spódniczką, ale Justyna wątpi w jej użyteczność: - Jak to by wyglądało, gdybym wspinała się na zderzak, żeby przetrzeć przednie szyby?
W zajezdni trzeba być 15 minut przed wyjazdem o 5.30. Justyna zawsze jest wcześniej, żeby mieć pewność, że z wszystkim zdąży. Bierze z dyspozytorni papiery wozu i tablice z numerem - dziś podmiejski 710. Potem idzie na "grzędę", czyli autobusowy parking, by znaleźć swój wóz.
Denerwowała się właściwie tylko przed pierwszym wyjazdem w miasto. Tata poradził, by dzień wcześniej swoim samochodem przećwiczyła trasą autobusu. Kazał robić notatki.
- Gdyby ktoś powiedział mi parę lat temu, że zostanę kierowcą, nie uwierzyłabym - śmieje się Justyna. Ma 24 lata, skończyła Technikum Hodowli Koni, teraz studiuje resocjalizację na prywatnej uczelni. - Kiedyś przy kolacji tata, kierowca od 28 lat, zażartował, żebym przyszła pracować do Miejskich Zakładów Autobusowych. Mama się uśmiała.
Justyna z piskiem ogania się od wysokiego bruneta, który zaczyna podjadać jej sałatkę. Inni kierowcy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. - Wypatrzyłem ją w ekspedycji na Wilanowskiej - z dumą opowiada Robert Cackowski, od niedawna mąż Justyny. - Następnego dnia już na nią czekałem. Przedstawiłem się, a Justyna zaprosiła, żebym towarzyszył jej w szoferce podczas jazdy. Byłem zdziwiony, że kobieta tak dobrze sobie radzi za kierownicą autobusu.
Nie wiedział wtedy, że Justyna zajęła trzecie miejsce w zawodach dla kierowców ciężarówek w Krakowie w 2006 r. Zatrzymuje TIR-a 20 cm przed wózkiem dziecięcym oraz przejeżdża po "śpiącym policjancie", tak, że nie wylewa się woda ze szklanki na desce rozdzielczej.
Kobieta chce dojechać
Justyna jest jedną z 22 kobiet, które wśród ponad 3 tys. kierowców pracują w warszawskich zakładach autobusowych. Na kursach na prawo jazdy kategorii D uczy się 14 kolejnych - 10 proc. kursantów. W ostatnie wakacje w warszawskich autobusach pojawiły się kolorowe plakaty wołające: "Kobieta jest stworzona do kierowania autobusem". To efekt burzy mózgów w zakładach autobusowych, którym kierowcy powyjeżdżali do lepiej płatnej pracy za granicę i nagle zrobiło się miejsce dla 150 nowych. Bezrobotnych wprawdzie nie brakuje, ale wielu po sfinansowanym przez urząd pracy kursie (5 tys. zł), zamiast zatrudnić się w Warszawie, uciekało do Irlandii.
To Anna Jurzyk, ówczesna dyrektor ds. personalnych, wymyśliła, by ściągnąć kobiety: - Krzysztof Hołowczyc opowiedział kiedyś taką anegdotę: Kobieta podczas jazdy ma tylko jeden priorytet - dojechać do celu. Mężczyzna musi udowodnić sobie i innym, że jest najlepszy. W autobusach to widać. Jurzyk reklamuje, że miejskie autobusy zapewniają elastyczne godziny pracy, dzięki czemu kobietom łatwiej ją pogodzić z prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci.
Nigdy nie miałam otarcia
Katarzyna Grudzińska, energiczna 45-latka, akurat szukała pracy, gdy na autobusie linii 50 zobaczyła plakat. - Wcześniej pracowałam w punktach obsługi klienta, ostatnio w hurtowni części hydraulicznych. Po 10-12 godzin dziennie, często w weekendy. Zarabiałam 1300 zł na rękę, musiałam się prosić, żeby podpisali ze mną umowę o pracę. W końcu powiedziałam: "Dosyć!". Wysyłałam CV do 70 firm, oddzwonili z zaledwie kilku. Kiedy dowiadywali się, ile mam lat, machali ręką: "My szukamy kogoś do 35 lat. Potem zaczną się choroby, zwolnienia.". A przecież ja jestem zdrowa, mam dużo energii, dziecko wychowane.
Posada kierowcy kusiła Katarzynę, ale bała się, że sobie nie poradzi w zupełnie nowej dziedzinie. Przekonał ją syn Piotrek, jedynak, którego wychowała sama, bo mąż wyjechał do Stanów i przez tę rozłąkę się rozwiedli. Kiedy przyszła pierwszego dnia na kurs, w 40-osobowej grupie było aż pięć kobiet.
Katarzyna ceni sobie pracę w MZA, bo to "stabilna firma". - Mam już dosyć ciągłej obawy, że nagle mnie zwolnią. Jestem w takim wieku, że muszę zarobić na emeryturę. Jestem dobrym kierowcą, wszyscy to mówią, nigdy nie miałam otarcia, nie mówiąc o stłuczce. Może jakiś kredyt sobie wezmę?
Wydało się na kolacji u teściowej
- Dziewięć lat temu MZA to było piekło dla kobiety - opowiada Bożena Stolarska (dziś ma 44 lata). Gdy zaczęła pracę w zajezdni na Stalowej na warszawskiej Pradze, inni kierowcy się nawet do niej odzywali. - Kiedyś siedziałam na stołówce. Wszyscy się śmiali, żartowali, a ja w kącie czytałam książkę. "O, a ta czytać tu przyszła" - rzucił jeden. Coś we mnie pękło. "Ty lepiej swojej żony pilnuj!" - odgryzłam się. Wtedy coś się przełamało. Facetom trzeba pokazać, że nie da się sobie w kaszę dmuchać. Trzeba nauczyć się ich języka. Ale ja się nie integruję, nie rozmawiam z nimi na prywatne tematy. Robię swoje i trzymam dystans.
Pani Bożena skończyła liceum ekonomiczne, a potem przez 12 lat nie pracowała. Mąż, z zawodu kierowca ciężarówki, nalegał, by została w domu z dziećmi. Kiedy sytuacja finansowa pogorszyła się, poszła pracować na kasę do sklepu. Męczyła się. - Pewnego dnia kolega, który pracował w MZA, powiedział mi: "Bożenka, jak ty umiesz jeździć, lubisz jeździć, to chodź do zakładu".
Nie ukrywa, że przyciągnęła ją też pensja. Wtedy w sklepie dostawała na rękę 450 złotych. W MZA na początek dawali 1300.
Zrobiła kurs i zdała egzamin za pierwszym podejściem.
- Mężowi nic nie mówiłam, że robię ten kurs. Nie chciałam mieć w domu żadnego gadania. Wiedziałam, że będzie niezadowolony - opowiada Bożena. - Kłamałam, że uczę się obsługi komputera, żeby znaleźć pracę w biurze. Dowiedział się jak już drugi tydzień jeździłam na autobusie po mieście. W którąś sobotę przy kolacji teściowa zapytała, jak mi idzie w pracy. "Całkiem dobrze mi się jeździ" -odpowiedziałam. Mąż zrobił wielkie oczy: "Jak to się jeździ, przecież ty miałaś w biurze pracować!" - krzyczał. Próbowałam mu tłumaczyć, że tu lepiej płacą. Cały tydzień narzekał, że będę sama jedna w tłumie facetów, że na pewno znajdę sobie innego i go zostawię. Zazdrosny był po prostu, ale w końcu się przyzwyczaił. On w ogóle wolał, żebym siedziała w domu, a tu taka "niekobieca" praca.
Tylko tramwaj nie jest dla mnie
39-letnia Magdalena Makowska była pierwszą kobietą, którą 11 lat temu warszawskie autobusy przyjęły na kierowcę. Do dziś pracuje na drugim etacie: pielęgniarki. - We wtorek byłam od godz. 7 do 19 w szpitalu, w środę jeździłam autobusem od 12 do 15, potem od 19 do 7 rano szpitalu i w czwartek od 14 znów autobus - wylicza.
Większość koleżanek Magdy ze szpitala ze względu na niskie płace pracuje na dwóch etatach. - Ja lubię być zajęta. Jak nie mam nic do roboty, dostaję świra. Nie mam męża ani dzieci, więc jakoś to godzę. Jeździć chciała od zawsze: - Jak miałam 20 lat, zrobiłam prawo jazdy i kupiłam sobie syrenkę. Potem był "maluch", duży fiat, tavria. Mamusia załamywała ręce i mówiła, że mi się to na nic w życiu nie przyda. A ja pracowałam w szpitalu i za odłożone pieniądze kupowałam kolejne samochody.
Do 1996 r. obowiązywało w Polsce rozporządzenie, które zakazywało kobietom wykonywanie ponad 90 zawodów, w tym zawodu kierowcy ciężarówki. Magda zatrudniła się, gdy tylko usłyszała, że w Gdańsku jakaś kobieta pracuje jako kierowca autobusu, bo rozporządzenie zniesiono.
- Ja nie mogę słuchać, jak koledzy narzekają, że nie chce im się wyjeżdżać na trasę, że znowu będą musieli wysłuchiwać narzekań pasażerów. Ja do jazdy podchodzę z pasją. Żeby była fajna trasa, to musi być długa i trudna. I jeszcze musi być dużo ludzi w autobusie, a do tego najlepiej złe warunki atmosferyczne. Wtedy mam prawdziwą satysfakcję. Albo kiedy jestem lepsza od mężczyzn. Na trasie autobusu 122, na skrzyżowaniu Kochanowskiego i Rutkowskiego tuż przy zakręcie, blisko ulicy stoi kosz na śmieci. Kierowcy nie wyrabiają się i zahaczają o ten kosz, są na nim ciągle nowe ślady czerwonej farby. Ja nigdy nie zahaczyłam. Nie mogłabym tylko prowadzić tramwaju. To jest choroba sieroca, nie jazda.