W dolnośląskich sklepach okazja bywa oszustwem.
Fikcyjne gratisy i źle wyliczone ceny to tylko niektóre z uwag dolnośląskiej Inspekcji Handlowej, która tuż przed świętami przyjrzała się sklepowym półkom w siedmiu dużych sieciach handlowych: Tesco, Biedronka, Intermarche, Eko, Albert, Billa i Dino.
Wyniki kontroli są jednoznaczne. W wielu sklepach ceny z ulotek promocyjnych były inne niż te naliczane przy kasach, a za gratisowe "prezenty" i tak trzeba było płacić. Urzędnicy sprawdzili oferty, którymi zwłaszcza przed świętami kusili nas sprzedawcy. W sumie pod lupę poszło ponad 280 towarów. Zastrzeżenia wzbudziła prawie jedna czwarta z nich.
- Szczególnie nie fair byli niektórzy producenci soków. Zachwalają 2 l w cenie jednego, podczas gdy litrowych w ogóle nie mają w swojej ofercie. Nie ma więc żadnego punktu odniesienia - tłumaczy Ryszard Smoliński z Inspekcji Handlowej. - To naciąganie, ale ludzie ciągle się na to łapią, bo słowo "promocja" działa na nas jak magnes - ubolewa.
Przykłady można mnożyć. W jednym z Intermarche ceny herbaty i sera podane w reklamie nie odpowiadały tym ze sklepu. Sprawdzony przez inspekcję Albert przy majonezach i sokach wywieszał ceny za sztukę, zamiast za litr lub kilogram. A ceny sosów w słoiku, podane w gazetce promocyjnej, nie zgadzały się z cenami rzeczywiście poprzedzającymi rzekomą okazję.
Z kolei towary z gratisami były droższe niż ich odpowiedniki bez prezentów.
W Biedronce przy okazyjnie sprzedawanych produktach nie było wypisanych starych cen, przez co nie można było sprawdzić, czy oferta jest prawdziwa.
Kar finansowych dla sklepów nie było. Skończyło się na upomnieniach. - Ale handlowcy nie unikną kolejnych kontroli - zapewnia Ryszard Smoliński.