Automaty do gry opanowują miasto. Stają wszędzie, gdzie jest choć kawałek dachu. Masowo instalowane są w sklepach spożywczych, pubach, kolekturach. - To mafia pierze pieniądze - twierdzi Centralne Biuro Śledcze.
Pisze o tym dzisiejsza Gazeta Wyborcza Stołeczna, której dziennikarze próbowali sprawdzili, przy okazji - czy łatwo złożyć w Izbie Celnej doniesienie o nielegalnym automacie zręcznościowym. I? W Warszawie pod numerem telefonu referatu nadzoru akcyzowego Izby zgłoszenia nie przyjęli. Natomiast odesłano ich do... kancelarii premiera.
Na Ursynowie w prawie każdej knajpce stoi "jednoręki bandyta". Do automatu można wrzucać wielokrotność złotówki. Im większa stawka, tym większa wygrana. Zmęczeni życiem panowie w oczekiwaniu na wygraną piją piwo. Młodzież w dresach przy maszynach spędza po szkole czas. W środku pełno dymu, głośna muzyka.
Na rogu Indiry Gandhi i Cynamonowej w "salon gier" zmieniono mały, drewniany warzywniak. Obok kościoła św. Tomasza przy Dereniowej automaty stanęły w budce dawnego baru z chińszczyzną. Jednoręki bandyta pojawił się też w kolekturze przy ul. Meander 2a. - Dobrze, że jest czynna tylko do godz. 18 - mówi jedna z mieszkanek bloku. - Już popołudniami strach tędy chodzić.
- Najlepiej omijać takie miejsca z daleka - dodaje Katarzyna Janowska-Kamińska, która mieszka przy ul. Cynamonowej.
Automaty do gry masowo pojawiają się także na Mokotowie (np. dwa stoją w sklepie Mokpolu przy ul. Dąbrowskiego), Woli i Bemowie. - Nie wiem, czemu taką maszynę wstawiono do osiedlowego sklepiku. To jakiś obłęd - dziwi się Joanna Banasik z ul. Deotymy.
Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, CBŚ prowadzi śledztwo w sprawie automatów. Jeden z oficerów operacyjnych powiedział nam anonimowo, że kontrolują je gangi. - Wstawiają maszyny do klubów, pubów, a nawet sklepów. To forma ściągania haraczu. Właściciel lokalu nie płaci za ochronę, ale musi zgodzić się na ustawienie jednego czy dwóch automatów. W ten sposób "Pruszków" i niektóre grupy warszawskie legalnie zarabiają dziesiątki tysięcy złotych - wyjaśnia.
Potwierdzenie tej tezy znaleźliśmy na Bemowie. - Przyszło dwóch typków i dali mi jasno do zrozumienia, że albo zapłacę haracz, albo wstawię automat, który mnie nic nie będzie kosztował - mówi anonimowo właściciel osiedlowego warzywniaka. - Zainteresowanie maszyną nie jest jednak wielkie, ludzie się dziwią, że coś takiego mam. Właściciele automatu pieniądze wybierają raz w miesiącu.
Zainstalowanie takiego urządzenia wydaje się trudne, bo gra na nich to hazard. Na zakup automatów potrzebne jest zezwolenie, które może otrzymać tylko spółka z kapitałem co najmniej 200 tys. euro. Nie mogą być ustawiane blisko szkół czy ośrodków kultu religijnego. Trzeba opłacić koncesję od zezwolenia, opłatę za uruchomienie każdego punktu do gier, homologację automatu, a także podatek - to 45 proc. od różnicy między sumą pieniędzy wrzuconych do automatu a sumą wypłat.
Pozwolenia wydają rady dzielnic i Izba Skarbowa. Ta ostatnia w tym roku wydała je dziewięciu firmom - każda mogła ustawić po trzy automaty. Rada dzielnicy od lat nie wydała żadnego. Ostatnie - na dwa automaty - pochodzi z 2003 r. Wystarczy przejść się po kilku ulicach Ursynowa, by się przekonać, że maszyn jest wielokrotnie więcej.
Działalność spółek, które mają pozwolenia na automaty, kontroluje Izba Skarbowa. - Jednak kontrolą miejsc do gry zajmuje się Izba Celna - podkreśla Andrzej Kulmatycki, rzecznik IS.
Jak ustaliliśmy, Izba Celna i policja gospodarcza od czerwca 2004 r. zarekwirowały na Mazowszu 900 nielegalnych maszyn. - Interweniujemy zawsze, kiedy pojawiają się wątpliwości co do legalności takich miejsc. Od 2007 r. odnotowujemy tendencję spadkową ich nielegalnej instalacji - twierdzi Piotr Tałataj, rzecznik warszawskiej IC.
Sprawdziliśmy, czy łatwo złożyć w Izbie Celnej doniesienie o nielegalnym automacie zręcznościowym. W Warszawie pod numerem telefonu referatu nadzoru akcyzowego Izby zgłoszenia nie przyjęli. Odesłano nas do... kancelarii premiera.
Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna