O tym, że pociąg z Kijowa do Warszawy, to największy przemytnik na polskiej granicy Unii Europejskiej na wschodzie mówią nie tylko celnicy. Każdorazowo przekroczenie przez pociąg granicy w Dorohusku (Lubelskie), to kilka godzin pracy dla celników, którzy za każdym razem wyszukują poukrywane w jego zakamarkach kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy paczek papierosów.
Jak powiedziała Marzena Siemieniuk, rzeczniczka Izby Celnej w Białej Podlaskiej -
"We wszystkich pociągach wykrywana jest kontrabanda, ale w tym zawsze niesłychane ilości. Co noc musimy ten pociąg rozkręcać i skręcać z powrotem. Trwa to od dwóch do czterech godzin, jest uciążliwe, kłopotliwe i kosztowne".
Za każdym razem przy rozkręcaniu przemytniczego pociągu pracowało nawet kilkudziesięciu celników. Przez ostatnie dwa tygodnie celnicy zaangażowali dodatkową liczbę funkcjonariuszy z Białej Podlaskiej i Warszawy i znaleźli łącznie prawie ćwierć miliona paczek przemycanych papierosów o wartości 1,3 miliona zł. Wyciągali papierosy z poddaszy i podwozi wagonów, piecyków, zbiorników na wodę, skrzynek rozdzielczych, wentylatorów i wielu innych miejsc. I mimo powtarzania tych akcji w dalszym ciągu płynie rzeka papierosów do Polski.
Dlatego zdesperowani celnicy zaproponowali radykalne rozwiązanie: niech to będzie pociąg tzw. wahadłowy. Ukraiński skład dojeżdżałby tylko do Dorohuska, tu pasażerowie przesiadaliby się do polskich wagonów i jechali dalej do Warszawy, a ukraińskie wagony wracałyby z powrotem na Ukrainę.
"Nawet byśmy ich nie kontrolowali, niechby jechały z tymi papierosami z powrotem" - deklaruje Siemieniuk.
(ebi./europap)