Na wielkim terytorium i przy ogromnym jak na owe czasy odsetku obywateli z pełnią praw, czyli szlachty, prawo było gwarantem porządku. Polska przez wieki obchodziła się bez policji, gdyż egzekucji prawa dokonywali sąsiedzi niesfornego obywatela, w formie tzw. zajazdu, ukazanego w krzywym zwierciadle w poemacie „Pan Tadeusz”, Adma Mickiewicza. W takiej sytuacji prawo musiało być przejrzyste i zrozumiałe dla każdego, by obywatel wiedział, czego od niego się wymaga i co mu się gwarantuje.
Po każdej elekcji nowy król zaprzysięgał „Pacta conventa”, czym gwarantował obywatelom prawo do nieposłuszeństwa, gdyby sam łamał prawo. Odwoływał się tym samym do wewnętrznego poczucia prawa poddanych. Obywatele zaś umieli rozpoznawać, co wśród jednakowo wyglądających przepisów jest prawem, które chroni dobro – inaczej narażone na szwank. Wtedy też ze względu na „liberum veto” nie uchwalano innego prawa.
Po upadku Rzeczypospolitej – gdyż wszystko, co dobre kiedyś się kończy przez przyzwyczajenie do swej oczywistości – rozmaite władze nadużywają tej narodowej cechy Polaków i wydają najróżniejsze przepisy, które nazywa się prawem w nadziei, że ułatwi to wymuszenie ich przestrzegania. Obywatele zaś umieją rozpoznać co jest przepisem, który można omijać.
Tę umiejętność po latach ujął reżyser Stanisław Bareja w swoim filmie „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?” (1978), który tytułową kwestię włożył na zakończenie filmu w ryjek świnki.
Można bowiem poniewierać człowiekiem, ale najpierw trzeba go złapać.
A z tym władza nie zawsze sobie radzi, szczególnie przy nawale przepisów, za omijanie których może coś obywatelowi zrobić.
Te lata treningu musiały wytworzyć też inną cechę narodową. Gdy pojawiają się jakiekolwiek przepisy, nie bada się ich pod względem przydatności, czy słuszności – władza chce to może – lecz sprawdza się czy można będzie i za jaką cenę przy nich przeżyć i robić swoje.
Pod tym względem dopasowaliśmy się do współczesnej Europy, której narody od wieków wyrastają w tradycji, że to co ogłosi władza musi być przestrzegane pod groźbą kary. Władza zaś mityguje się jedynie tym, czy jest w stanie wyegzekwować swoje przepisy, gdyż w przeciwnym wypadku skompromitowałaby się i czar by prysł.
W efekcie takiego nabytego braku krytycyzmu nawet przepisy, które w intencji władz miałyby pomagać obywatelom nie spotykają się z żadną dyskusją, prowadząc czasem na manowce – nawet wbrew najszczerszym intencjom władz. Nie jest to bowiem dobra metoda – zalecanego przez Kartezjusza – kierowania rozumem, by nie mieć własnej oceny poleceń władz administracyjnych i wykonywać je bez zastrzeżeń.
Skutki tego będziemy mogli zaobserwować za jakiś czas na przykładzie instytucji „Authorised Economic Operator”(AEO), która po okresie próbnym stała się od 1 stycznia 2008 obowiązującym prawem. Bez dyskusji przyjęto przepisy, których słuszną intencją jest zapewnienie bezpieczeństwa w wymianie międzynarodowej. Teraz faktycznie trzeba będzie się strać z tym żyć. Dlatego poszczególne przedsiębiorstwa zastanawiają się nad przystąpieniem do procedury certyfikowania, wyobrażając sobie korzyści tego, że na ścianie gabinetu zawiśnie tabliczka z certyfikatem.
Nie jest to jednak tradycyjny certyfikat obiektowy – czy to funkcjonalny (jak np. dyplom ukończenia szkoły) czy procesowy (jak np. ISOxxxx). Jest to nowatorski certyfikat relacyjny, z czym nie mieliśmy do tej pory do czynienia. Nie ma zatem doświadczeń odnośnie skutków jakie może przynieść – ani dobrych ani złych.
Nazwa angielska „Authorised Economic Operator” jest przy tym poprawna. Wg tej koncepcji przedsiębiorstwo w relacji ze służbą celną występuje w roli przedmiotu, wykonującego jakieś operacje ekonomiczne. Jest ono zatem operatorem ekonomicznym, któremu daje się autoryzację do wykonywania wybranych operacji, które do tej pory były w gestii służb celnych. W nazwie polskiej ukrywa się to, zachowując złudzenie pozostawania wobec służby celnej podmiotem gospodarczym do czegoś upoważnionym.
Jednak wbrew intencjom władz posiadanie certyfikatu nie ułatwi formalności na granicach. Warunkiem bowiem ich uproszczenia jest konieczność sprawdzania skuteczności procedur zapewniających bezpieczeństwo, jakie wdrożyły przedsiębiorstwa. Nie może to jednak sprowadzać się do wyrywkowego sprawdzania towarów na granicy, lecz powinno obejmować sprawdzanie tych procedur u posiadacza certyfikatu. Chyba służby celne oferujące taki certyfikat nie wiedzą o tym, że nie będą miały ani sił ani środków ani czasu na takie sprawdzanie. Dlatego mogą zostać zatrudnione firmy, które z upoważnienia służb celnych będą losowo weryfikowały posiadaczy certyfikatów. Może to być robione komputerowo przez podglądanie systemów informatycznych przedsiębiorstw, telefonicznie przez wypytywanie odpowiedzialnych pracowników, bądź przez wizytowanie przedsiębiorstwa przez wysłanników służb celnych.
Jakie to otwiera możliwości, pokazał Stanisław Bareja w innym swoim filmie, w którym tytułowy „Miś” załatwia od ręki przez telefon niedostępny dla obywateli paszport.
Zdobycie po 300 dniach certyfikatu AEO to nie koniec, lecz początek codziennej troski o bezpieczeństwo. Posiadanie certyfikatu oznacza przy tym ciągłe udostępnianie danych z przedsiębiorstwa odnośnie stosowanych procedur bezpieczeństwa, komu tylko będzie trzeba i nie trzeba. Nagrodą za to i rodzajem zachęty do uzyskania statusu AEO będą raczej utrudnienia formalne na granicach dla tych, którzy go nie będą mieli, niż jakieś korzyści dla posiadaczy.
Wartość dotychczasowych certyfikatów wynikała z powagi instytucji certyfikujących. Lecz nie wiadomo, kto mógłby docenić wartość certyfikatu dla relacji pomiędzy A i B, wydanego przez A. Jeśli A byłoby monopolistą to B może doceni i będzie się starał go mieć. Ale na świecie jest już 7 różnych systemów zapewnienia bezpieczeństwa wymiany międzynarodowej, które nie są obustronnie kompatybilne. Może się okazać, że zabraknie w biurze miejsca na ścianie na zdobyte certyfikaty.
Ponętnie wyglądający certyfikat „Człowiek roku xxxx – za wybitny wkład w rozwój ... ”,
jest do kupienia już za 300 $. Ile może kosztować certyfikat bezpieczeństwa ?
Wydaje się, że tak jak przed laty przedmiotem marzeń był „Konik - z drzewa koń na biegunach”, tak dziś jest certyfikat AEO – rodzaj kupowanego herbu uprawniającego do globalnej wymiany handlowej. I tak jak wtedy – „każdy powinien go mieć”. Kto zaś go będzie mógł mieć i po co – to już inna historia.