Wierność tradycji - Twój Portal Gospodarczy - Spedycje.pl
 

Wierność tradycji
 
niedziela, 24. lutego 2008 , 13:23
 

W praktyce ta troska o odbiorcę może oznaczać konieczność ciągłego badania aktualnych możliwości zadbania o jego dobro. Nie trzeba przy tym udowadniać, że możliwości te zmieniają się w czasie nie tylko w aspekcie technicznym, ale także psychicznym. To, co kiedyś mogło być do przyjęcia, to z czasem staje się niedopuszczalne.

W latach 60-tych np. trzeba było walczyć z producentami o montowanie w samochodach pasów bezpieczeństwa, a dziś nie można się ich pozbyć pod groźbą mandatu. Jeszcze niedawno poduszki bezpieczeństwa w samochodach były luksusem, a dziś należą do standardowego wyposażenia i nie można ich nawet wyłączyć.

Można wskazać dwa źródła pomysłów na nowe urządzenia techniczne zaspokajające potrzeby użytkowników. Jeden nurt to nieskrępowana politycznymi wytycznymi twórczość naukowców i inżynierów, którzy znajdują kolejne zastosowania poznawanych praw przyrody. Drugi – nieco słabszy – to domaganie się przez użytkowników techniki, aby uwzględniano ich potrzeby. Jego słabość przejawia sie tym, że przeważnie to użytkownicy są zaskakiwani nowymi pomysłami inżynierów.

Nikt nie pamięta batalii – na podobieństwo tej o pasy bezpieczeństwa – by wprowadzić płyty CD zamiast „longplayów”, ani protestów przed zbyt małą pojemnością dyskietek. Po prostu przychodząc do sklepu okazuje się, że pojawiło się jakieś nowe urządzenie, do którego trzeba dopasować swoje przyzwyczajenia.

Jednak poleganie w tej dziedzinie jedynie na twórcach techniki może być zawodne. To też są ludzie. Łatwiej jest im doskonalić istniejące urządzenia niż wymyślać od początku nowe. W efekcie w wielu dziedzinach przeważa tradycja nad tym, co już jest możliwe.

Gdy w 1873 r. firma Remington dostarczyła ludziom dobro w postaci możliwości pisania na maszynie, spotkało się to z tak życzliwym przyjęciem, że ludzie bardzo szybko opanowali umiejętność naciskania klawiszy z literami. Naturalne było, że litery na klawiaturze ułożono w takiej kolejności jak w alfabecie.

Biorąc pod uwagę konstrukcję pierwszych maszyn i sposób pisania, to gdyby jeszcze dodano konieczność poszukiwania liter, nikt by nie zechciał pisać na takiej maszynie. Jednak z czasem pojawił się problem. Ułatwiona przez alfabetyczną kolejność liter szybkość przyciskania klawiszy była tak duża, że pociągane cięgnami czcionki zderzały się w locie ku papierowi – i maszyna co chwilę się zacinała.

Aby dać konstruktorom chwilę oddechu dla rozwiązania tego problemu – dyskwalifikującego ich wynalazek – zdecydowano się na pomieszanie klawiszy – zapewne wzorując się na przykładzie nieukończonej budowy Wieży Babel. Pozbawieni ochrony logistyków użytkownicy nie mieli nic do gadania. Producenci nie dostarczali innych maszyn niż ze sławną od tej pory klawiaturą „qwerty” lub „awerty”.
Chcąc niechcąc po jakimś czasie użytkownicy opanowali ten dziwaczny układ klawiszy i szybkość pisania wróciła do poprzedniej normy. Dokonany w zyskanym czasie postęp techniczny spowodował, że już klawisze nie zacinały się, szczególnie tam gdzie zastosowano wynalezioną głowicę drukującą. Jednak bałagan na klawiaturze pozostawiono.

Gdy dziś po latach nie ma nie tylko cięgien, ale nawet i głowicy – gdyż wszystko zastąpiły klawiatury elektroniczne – może dziwić niespójność naszej cywilizacji informatycznej. Chcąc korzystać z komputera musimy opanować tajniki dziwacznego układu klawiszy tradycyjnej klawiatury, zaś wysyłając SMS-a korzystamy z przyzwoitej klawiatury szanującej układ alfabetyczny klawiszy. Na razie użytkownicy milczą i uczą się obu systemów. Należałoby jednak zastanowić się nad tym – wynikającym z wierności tradycji – dysonansem, zanim jakieś dziecko zapyta „dlaczego król jest nagi?”.

To pytanie należałoby zadać też w kwestiach bardziej zasadniczych. Nie zawsze bowiem chodzi o zgadywankę gdzie jest literka, ani nawet o pieniądze, które – w imię wierności tradycji – trzeba wydać na przestarzały system ERTMS do sterowania pociągami. Czasem chodzi o życie.

Obecnie konstruuje się coraz większe i coraz bardziej komfortowe samoloty bez zmiany samej zasady transportu powietrznego. Zasada ta powstała jednak 100 lat temu i może czas byłoby ją zweryfikować.
Przed laty do przemieszczania się w powietrzu wystarczało przymocowanie silnika do kadłuba ze skrzydłami. Od tego się zaczęło. Potem już w czasie I-szej Wojny Światowej okazało się, że liczba pilotów, którzy zginęli podczas startów i lądowań była większa od liczby tych, co zginęli w powietrznych walkach.
Mimo to po wojnie zdecydowano się na wożenie cywilów tym środkiem transportu. A ponieważ byli chętni, to transport lotniczy szybko się rozwijał w formie, w jakiej został wynaleziony. Umówiono się przy tym, że ze względu na ciężar i rozmiary ówczesnych spadochronów, nie będzie ich na cywilnych samolotach, choć w wojskowych były stosowane. Miało to być niby pociechą dla pasażera, że jak ginie to razem z pilotem i załogą.

Z jednej strony był to przejaw troski o koszt biletów, lecz z drugiej oznaczał zawieszenie życia pasażerów na wątlej nici ufności w umiejętności konstruktorów oraz personelu powietrznego i naziemnego. W setkach tysięcy przypadków ufność ta okazuje się zasadna, ale czasem zawodzi. A dla konkretnego pasażera ważny może być ten jeden raz.

Najtrudniejsze do zaakceptowania jest to, że gdy ta ufność zawodzi to zazwyczaj przyczyna jest drobna a skutki tragiczne. A to niedokręcona tuleja w podwoziu naddźwiękowego samolotu, a to przewód paliwowy przetarty o pompę z innego podtypu silnika napędowego, a to niewłaściwie zamocowany ładunek, itd., itp. Najczęściej są to drobne niedopatrzenia, których trudno się ustrzec w codziennej rutynie. A jednak ich skutkiem jest upadek samolotu i śmierć zwykle wszystkich pasażerów.
Gdyby jednak dziś zadać pytanie, dlaczego nie można zabrać ze sobą spadochronu, to odpowiedź byłaby: „Bo tak kiedyś postanowiono”. Jest to jednak niezrozumiała wierność tradycji. Powoduje, że z pozycji pasażera trudno traktować latanie samolotem jako korzystanie ze środka transportu. Raczej przypomina to tzw. „rosyjską ruletkę”, choć o bardzo dużej liczbie pustych komór nabojowych. Czasem jednak trafia się na pocisk.

Dzisiejszy spadochron zmieściłby się w podręcznym bagażu, a na pewno stanowiłby ułamek ciężaru współczesnego wyposażenia komfortowego fotela lotniczego. Na wypadek gdyby nie wszyscy pasażerowie byli gotowi skakać, to może warto byłoby każdy fotel wyposażyć w spadochron i dźwignię usuwającą go z samolotu. Jeśli skomplikowałoby to konstrukcję samolotów, to można wyposażyć w spadochrony całą kabinę pasażerską i w razie niebezpieczeństwa odłączać ją od samolotu. Wstrząsy przy lądowaniu takiej kabiny możnaby złagodzić za pomocą zewnętrznych balonów, nadmuchiwanych przed upadkiem. Taki np. sposób wykorzystano przy zrzucaniu lądownika na Marsa.

W katastrofie promu „Heweliusz” (1993) zginęli wszyscy, którzy nie założyli skafandrów ratunkowych. Dwoje utonęło z powodu założonych skafandrów, gdyż nie mogli wypłynąć spod tratwy ratunkowej przewróconej przez ratowniczy helikopter.
Gdyby jednak nie wolno było zakładać skafandrów, to nie uratowałaby się nawet ta garstka.
Nawet perspektywa przeziębienia lub połamania nóg jest atrakcyjną alternatywą dla nagłej i niespodziewanej śmierci.

Postęp techniki nie może polegać na tym, aby pasażer konstruował odpowiedni dla siebie samolot. Za to może on domagać się odpowiedniego wykonywania zawodu przez konstruktorów lotniczych. Zamiast samo-lotów może należałoby produkować pasażero-loty.
Współczesna nauka dostarcza rozmaite sposoby rozwiązywania problemów. Trzeba jednak te problemy formułować. Ciągle powinna toczyć się dyskusja nad tym, co można zmienić w wieloletniej tradycji by nauka i technika służyły człowiekowi, zamiast traktować go jako przedmiot manipulacji.

Twórcy cywilizacji muszą mieć świadomość, że ich możliwości zadbania o najwyższe dobro człowieka z każdym rokiem są większe. Jeśli ich nie wykorzystują, tym samym biorą na siebie odpowiedzialność za stwarzanie zagrożenia dla życia lub zdrowia. I to w imię wierności tradycji.
 
Materiał wydrukowany z serwisu www.spedycje.pl