Dostarczanie wartości - Twój Portal Gospodarczy - Spedycje.pl
Dostarczanie wartości
niedziela, 09. marca 2008 , 15:54
Jeden to taki, że każde dobro wymaga lansowania. Nie ma bowiem takiego dobra, które byłoby potrzebne niezależnie od tego czy jest czy nie jest promowane. Podobnie nawet najsłuszniejsza idea pozostanie nieznana, jeśli nie będzie promowana. Dochodząc w tym do perfekcji możnaby przyjąć, że dowolny pogląd, ideę czy utwór artystyczny – po uzupełnieniu go o odpowiedni wkład promujący – można uczynić znanym na świecie i traktowanym jako potrzebne i oczekiwane dobro.
Zatem akceptowanie jakiegoś dobra jest wynikiem naturalnej walki idei, w której wygrywają te bardziej promowane. Jeśli zatem ktoś coś wymyśla, to musi zadbać o odpowiednie lansowanie, aby zostało to dostarczone do jak największej liczby ludzi a wtedy będzie uznane za dobre. Dopiero jak na skutek splotu rozmaitych działań opartych na najróżniejszych przesłankach powstaną dzieła, to przyjmujemy jako wartościowe, tzn. dobre, prawdziwe i piękne.
Wniosek z tego byłby taki, że każdy pogląd trzeba promować, bo inaczej nie dotrze on do ludzkiej świadomości. Można wskazać wiele przykładów że tak właśnie jest. Wiele jest też przykładów, że idee niepromowane pozostają przez wieki w zapomnieniu.
Przykładowo nie będzie innej Kaplicy Sykstyńskiej bo akurat zlecono jej zaprojektowanie określonemu architektowi i akurat Michałowi Aniołowi zlecono namalowanie w niej fresków. W tamtym czasie mogło być wielu innych architektów i malarzy gotowych do podjęcia się tego dzieła. Wybrano tych i nie wiemy jakie dzieło powstałoby z udziałem tych innych. Po wybudowaniu tej jednej z wielu możliwych kaplic, przyjęliśmy do wiadomości, że jest piękna. Ale to tylko został wytworzony wzorzec piękna, którego się nauczyliśmy. Gdyby inaczej wydano pieniądze, to wzorzec piękna byłby inny.
Zatem to co uważamy za piękne jest wynikiem czyjejś decyzji inwestycyjnej. Ten ktoś postanowił akurat to sfinansować, wybrał określonego architekta, wybrał określonego malarza. Oni z kolei podjęli swoje określone decyzje i wynik jest jaki jest. Cokolwiek by zrobili to na skutek odpowiedniego lansowania byłby dla nas to wzorzec piękna.
Niepokojące mogą być tylko konsekwencje takiego poglądu. Wynikałoby z niego, że świat, w którym żyjemy nie jest koniecznym wynikiem naszych działań, lecz jest skutkiem przypadkowego splotu czyichś intencji, które uzyskały przewagę nad innymi intencjami.
Aby nie popaść w zniechęcenie wobec takiej perspektywy, można rozważyć pogląd opozycyjny. To co jest potrzebne człowiekowi to wiadomo i lansowanie czegoś innego na niewiele się zda, gdyż człowiek będzie oczekiwał i domagał się tego właściwego dobra.
Promowanie czegoś co jest tylko czyimś pomysłem i nie stanowi realnego dobra dla człowieka, a jedynie jego pozór wymuszony reklamą, może co najwyżej zakłócić postrzeganie swojego dobra przez człowieka. Nie spowoduje to jednak wyeliminowania tego dobra a jedynie opóźnienie w jego realizacji. Mogą co najwyżej być wytworzone warunki uniemożliwiające jego realizacje, ale nie jego potrzebę.
Przykładowo po rozbiciu wazonu nie można włożyć do niego kwiatów, które na skutek tego szybciej zwiędną. Ale rozbicie wazonu nie wytworzy nowego wzorca postępowania, wg którego wkładanie kwiatów do wazonu nie jest potrzebne.
Ludzie wiedzą co jest dla nich dobre, umieją rozpoznać prawdę i potrafią poznać się na pięknie. Problem polega na tym, że nie potrafią sami sobie tego wytworzyć. Na dodatek jeszcze nie umieją powiedzieć czego potrzebują. Potrzebny jest ktoś inny. Jego zadaniem jest rozpoznanie tego co jest potrzebne a potem to coś wytworzyć i dostarczyć, oczywiście z pomocą innych ludzi. Jeśli dobrze rozpozna to odniesie sukces i wielu ludzi z tego skorzysta, odpowiednio się odwdzięczając. W ramach tego musi swój towar odpowiednio zareklamować i wyróżnić spośród innych alternatywnych. Nie dlatego jednak, że tamte inne możliwe są równie dobre – a po dostarczeniu wytworzą wzorzec dobra – lecz dlatego, że te inne wprowadzają odbiorców w błąd, szkodząc ich interesom.
Wiadomo, ze jeśli ktoś zwiedziony sprytną reklamą kupi jakiś samochód to tym samym nie kupi innego, który może lepiej odpowiadałby jego potrzebom. Dlatego reklamę danego towaru trzeba wymyślić jak najlepszą po to by uchronić klienta przed pomyłką. Towarzyszy temu walka idei, ale celem jest rzeczywiste dobro człowieka a nie tylko wyłonienie zwycięzcy.
Jest zatem prawdą, że określone dobra są potrzebne i możliwe. Nie można tego zanegować poprzez promowanie innych dóbr. Powstawianie dobra nie wynika z chęci tego, kto je chce dostarczyć, lecz z potrzeby tego, kto ma je otrzymać. Rozpoznawanie zaś tego dobra polega na poszukiwaniu prawdy w rzeczywistości, bo dzięki temu dowiemy się jakie dobra są potrzebne.
Nie da się wylansować wszystkiego bez względu na to czym to jest. Gdyby tak było to powstawałby świat z czegoś co nie jest ludziom potrzebne. Wtedy to, czym żyjemy to byłyby przypadkowe śmiecie i z równym prawdopodobieństwem mogłyby być czymś innym.
Nie mogło tak się zdarzyć, że nikt wobec świata, który nas otacza nie zawołałby „Help” ponieważ „I can’t get no satisfaction”. To musiało być powiedziane. Tego właśnie oczekiwali odbiorcy, którzy z różnych względów nie mogli sami dla siebie wytworzyć tego dobra. Sami mogli co najwyżej tłumić swoje reakcje wobec świata w ciężkiej pracy lub przytłaczającej rozrywce. Ktoś za nich musiał tę prawdę powiedzieć i przez to zostali wyposażeni w coś dobrego, dzięki czemu łatwiej im się żyło. Nie mógł tego też zrobić ktokolwiek. To Paul musiał spotkać Johna i tylko oni mogli to zaśpiewać, tak jak tylko Mick mógł wykrzyczeć to co wykrzyczał. Każdy z nich - świadomie bądź nie - przygotowywał się do wykonania takiego zadania.
Przy okazji musiał ktoś ich lansować, bo poszerzanie świata wartości nie przychodzi łatwo. Brian musiał się ciężko napracować by niesfornych chłopaków utrzymać w ryzach biznesu. Również Stonsi musieli się przymuszać by ciągle wdrapywać się na szczyt. Tak postrzegali swój obowiązek wobec odbiorców, o czym mówią w filmie relacjonującym promocję płyty „Bridges to Babylon”. Pokusa, by robić to dla pieniędzy czy sławy ciągle czyha i skłania do korzystania z tego, co już się osiągnęło.
Zawsze jest to pytanie, czy to co przychodzi do głowy jest tą prawdziwą wartością, którą świat przyjmie z wdzięcznością, czy tylko możliwym do wylansowania gniotem. Gdy nawet taki gniot się wylansuje i wszyscy będą wyć z wdzięczności, to i tak twórca ma świadomość, że oszukał i nie dostarczył wartości.
Ta wartość może być różna. Zamożniejsi wielbiciele zapłacą za nią $ 5 by posłuchać w Nowym Yorku „Out of control”, a mniej zamożni zapłacą $ 66 by posłuchać w Gdyni „I feel free” gdy „sunking down” na „cross road”. Każda z nich jest wartością, która musiała powstać i od tego jest artysta by był zniewolony tą koniecznością. Popularność, która temu towarzyszy jest i nagrodą i dręczącym przypomnieniem o podjętym zobowiązaniu.
Jak np. można mówić o lansowaniu w sytuacji gdy dwóch kumpli spotkało się po latach? Jeden z nich robił wówczas film o tancerzu, a drugi miał napisane piosenki, które niósł do wydawcy. Do tego dołączył się aktor, który na dworcu zatańczył bez muzyki miłość granego bohatera do dziewczyny granej przez aktorkę. Podłożono pod to ostatnią z zakupionych w ciemno piosenek, której dotąd nie wykorzystano. Po złączeniu powstała scena, która przeszła do historii kina jako najlepsze zsynchronizowanie muzyki z ruchem. Jak możnaby takie cos wymyślić i wylansować gdyby nie było oparte na prawdzie rozpoznanej przez co najmniej trzech różnych ludzi? Niech spróbują to wyjaśnić lansowane gwiazdy, których wypociny z ulgą są przerywane filmem reklamowym, bo przynajmniej towar jest prawdziwy.
Może się wydawać, że to co się dzieje jest wynikiem inwestowania pieniędzy w lansowanie tego czegoś. Ale lansujący też podejmuje decyzję co lansować i nie kieruje się wyłącznie wynikiem rzutu monetą. Coś chce dla siebie i coś chce dla innych. Jeśli chce dobrze, to ci inni jakoś się odwdzięczą. Jeśli oszuka (świadomie albo nie), to nie tylko za drugim razem będzie musiał więcej wyłożyć na lansowanie – aż do wyczerpania zasobów – ale także czymś będzie musiał zagłuszyć głos sumienia.
Prawdę Rock&Roll’a wyraża rytm i specyficzne tempo. Nie da się wylansować nawet na jotę nic wolniejszego ani szybszego, gdyż odbiorcy tego nie przyjmą. I tylko dziwić może upór i wiara wielu artystów, że uda im się zmusić słuchaczy do swojego własnego tempa.
Wielu przeżyło lokalną próbę lansowania czegoś podobnego pod postacią tzw. „big-bitu”. Sukcesy odnoszono w zakresie, w jakim wyrażano prawdziwe emocje. Próby naśladowania zachodu brzmiały jednak fałszywie co czuli ci, co mieli dostęp do przesłuchów z zagranicy. Na zachodzie też ta muzyka nie była jedynie skutkiem lansowania, mimo towarzyszących spektakularnych nieraz akcji promocyjnych. Każdy może odkryć w tym rytmie swój własny rytm bycia człowiekiem i sam z siebie rozpoznaje, że jeden utwór jest prawdziwy a inny udawany.
Dlaczego to jest ważne? Oto bowiem logistyka dotarła w swym rozwoju do sfery wartości. Rozwój ten następował dlatego, że wzrastały możliwości dostarczania odpowiednich towarów. Przeszła ona w tym czasie przez etap specyficznych funkcji związanych z dostarczaniem. Następnie po połączeniu tych funkcji przechodziła przez fazę procesów, którym nadano nazwę „supply chain”.
Cały czas jednak było to w wykonaniu dostawcy, któremu na skutek rozmaitych zabiegów udawało się zrealizować swój zamiar dostarczenia. Jednak był i jest jeden warunek. To musi być coś potrzebnego odbiorcy. Nie da się bez końca dostarczać bez jego zgody. On zaś wyrazi zgodę, gdy to co otrzymuje jest dobrem, nawet jeśli myli się co do tego dobra. Jeśli towar nie będzie dobry i faktycznie przydatny odbiorcy, to na nic się zdadzą marketingowe zabiegi lansujące. Towar nie dotrze do odbiorcy wbrew jego woli.
Gdy Sony próbował namówić dystrybutorów by pomogli mu sprzedać film o ukochanej Cher – który był zrobiony za pożyczone od nich pieniądze – ci tłumaczyli swą niemoc tym, ze przecież nie zmuszą ludzi do kupowania biletów.
Dlatego dopóki nie zaakceptuje dobrowolnie dostawy, to można mówić tylko o „supply chain” w potencji. To zaś co jest potencjalne, nazywa się wartością, bo po zrealizowaniu jest już konkretną rzeczą, myślą, uczuciem itp. Dlatego następnym naturalnym krokiem jest przekształcenie się „supply chain” w „value chain”, o którym pisze Joel Sutherland (por. http://www.okule(...)htm#nowe).
Można tę nową formę łańcucha rozmaicie obudowywać pojęciami, ale na tym kierunku to jest już koniec drogi. Dalej jest już tylko podmiotowość człowieka wyrażająca się niewiadomą wolnej woli. Logistyka, która jest dziedziną techniczno-ekonomiczną nie może kontynuować rozwoju w tym kierunku aby nie upodobnić się do psychologii.
Od początku – jeszcze na etapie funkcji – można było przewidzieć, że rozwój dostarczania musi doprowadzić do podmiotowości. W pewnym sensie szkoda było czasu by się o tym empirycznie przekonywać. Swego rodzaju sygnałem, że kierunek nie jest właściwy była nieuchwytność procesu, który sam jest jedynie wytworem myśli. Ale jak zwykle dopóki nie dotrze się do ściany lub przepaści trudno przekonać podróżników, że idą w złym kierunku. Teraz zatem trzeba zawrócić do źródeł i sięgnąć po przyczyny a najlepiej warunki realizacji procesów i tworzenia służących im systemów logistycznych.
Dziś do dyspozycji są – jak podkreśla Joel Sutherland – takie środki jak Reengineering, Internet i Global Supply Chain Management. Są to potężne narzędzia. Do tej pory używano ich – z różnym skutkiem – w ramach dostarczania. Dostarczano zaś to co z różnych powodów ludzie chcieli kupić. Teraz będzie można z ich pomocą nie tylko dostarczać cokolwiek, ale dostarczać wartości. Można będzie przy tym zrealizować dowolną koncepcję tworzenia wartości. To zaś oznacza, ze trzeba będzie wybrać wg jakiego poglądu będą one tworzone. Czy wartością będzie to co postanowi inwestor, który tak właśnie będzie chciał wykorzystać swoje zasoby, czy będzie to, co postanowi odbiorca, który dotąd będzie formułował swe wymagania i odrzucał odmienne propozycje, aż inwestor je zrealizuje?
To zaś, ze człowiek ma wolną wolę i umie egzekwować jej respektowanie łatwo się przekonać. Nie warto więc stawiać na to, że w procesach dostarczania odbiorca nie ma nic do powiedzenia i zawsze można go będzie skłonić do przyjęcia dostarczonego towaru. Nie jest prawdą, że to wyłącznie dostawca decyduje i odpowiednio manipuluje odbiorcą. O tym co sam otrzyma od siebie, decyduje przecież on sam. Ale już nie jako dostawca lecz jako odbiorca.
Dlatego przejście od „supply chain” do „value chain” oznacza dopełnienie obrazu procesu dostarczania po stronie odbiorcy. Oznacza zgodę na przyjęcie decydującej roli odbiorcy i podporządkowanie mu stosowanych środków dostarczania. Konsekwencją tego jest jednak rozdzielenie w czasie momentu powstawania systemu logistycznego dla zrealizowania dostarczania od momentu zrealizowania dostarczania, potwierdzonego przez odbiorcę. To powoduje, ze potrzebna jest nowa metoda zapewniania integralności systemu, gdyż dotychczasowa gwarantowała integralność w chwili powstawania systemu. Obecnie potrzeba podtrzymania tej gwarancji przez okres realizowania dostarczania.
Tak sobie dyskutujemy w nielicznym gronie z byłym przewodniczącym CLM oraz z wydawcą portalu, który martwi się na co wydaje pieniądze.