Jadąc za morze klimat zmieniamy, nie siebie…… - Twój Portal Gospodarczy - Spedycje.pl
 

Jadąc za morze klimat zmieniamy, nie siebie……
 
sobota, 29. marca 2008 , 19:23
 
Ludzie, pasje i ich opowieści
Ta sentencja starego Rzymianina Horacego była mottem dla kolejnej wyprawy Romana Odolczyka - „naszego korespondenta”, który specjalnie dla portalu spedycje.pl relacjonuje tym razem swoją wyprawę w Andy. Roman na co dzień pracuje w firmie Rusak Business Services (od 1990 r.) i zajmuje się spedycją lotniczą na Okęciu.
Jak do tej pory opisał nam już swoje wyprawy na Elbrus, Grossglockner i w Tatry.
Jego wyprawy i opowieści o nich najlepiej świadczą, że jak ktoś ma pasje i wierzy w realizację marzeń, to one sie spełniają.


Ekspedycja Andy 2008 styczeń - luty

ANDY – potężny łańcuch górski w zachodniej i północnej części Ameryki Płd. ciągnący się od Wenezueli przez Kolumbię, Ekwador, Peru, Boliwię do Chile i Argentyny.
Długość całego pasma sięga 9000 km, szerokość 200-800 km. Składają się z wielu pasm górskich tworzących cztery łańcuchy – Kordylierę Wschodnią, Centralną, Zachodnią i Nadbrzeżną. Leżą w kilku strefach klimatycznych od równikowej po subpolarną. W Andach występuje szereg czynnych wulkanów.
Najwyższe szczyty to ACONCAGUA -6962 m n.p.m., OJOS DEL SALADO – 6893 m n.p.m.


Pod koniec 2006 r. pierwszy raz pomyślałem o wyprawie w Andy. Na styczeń 2007 szykowana była wyprawa klubowa do Argentyny i przez chwilę zastanawiałem się nad udziałem. Tak naprawdę jednak nie byłem jeszcze gotowy, ani fizycznie ani mentalnie, nie mówiąc już o finansach. W pewnym sensie dobrze się stało, gdyż w 2007 roku fatalna pogoda nie pozwoliła kolegom na zdobycie Aconcagua i decyzja mogła być tylko jedna – za rok kolejna próba.
Tym razem wiedziałem, że to będzie moja wyprawa. Plan wyjazdu krystalizował się przez wiele miesięcy, podobnie ekipa, niemal do ostatnich dni, jedna osoba zrezygnowała mając już bilety lotnicze.
Wreszcie wszystko było jasne i 16 stycznia na lotnisku w Warszawie spotkaliśmy się w 10 osób, pozostała szóstka miała dołączyć na miejscu w Ekwadorze.
Wyprawa ma potrwać miesiąc – 2 tygodnie spędzimy w Ekwadorze gdzie głównym celem będzie zdobywanie aklimatyzacji na najwyższych wulkanach. Następne 2 tygodnie to Argentyna i danie główne, czyli ACONCAGUA.
Ta taktyka (jak się okazało – słuszna) łączyła w sobie większą atrakcyjność wyjazdu i skuteczniejszą aklimatyzację. Lecimy, więc do stolicy Ekwadoru – Quito.
Pierwszym etapem jest Madryt, gdzie po ok. 4 godzinach lotu z Warszawy mamy spędzić noc. IBERIA jest dość liberalna, jeśli chodzi o nadbagaż, większość z nas ma ponad 23 kg, ale nikt nie płaci. Mamy cały wieczór, żeby pochodzić po centrum tętniącego życiem miasta. Pełno ludzi, mimo późnej pory gwar i ruch na ulicach. Nie idziemy wcześnie spać.
Nazajutrz ponad 11-godzinny lot do Quito. Samolotem wraz z nami lecą prawie sami Ekwadorczycy (podobno dużo ich pracuje w Hiszpanii). Robi się nieco egzotycznie. Latynosi, szczególnie ci z Ekwadoru różnią się znacznie od europejczyków, większość to typowe indiańskie twarze. Pierwszy powiew Ameryki Płd.
Gonimy dzień – prawie cały czas za oknami samolotu jest jasno i pogodnie. Lecąc ponad chmurami można obserwować wspaniałe „górskie” widoki, w tym świecie jednak wspinaczka jest niemożliwa.
Lądowanie w Quito nie jest zbyt przyjemne. Miasto leży na wysokości 2850 m n.p.m. pomiędzy górami i samolot leci slalomem.
Jest 19 wieczorem. Jesteśmy w Ekwadorze. Zyskaliśmy 6 godzin życia. Pachnie Ameryką Płd.
Jeszcze w samolocie, Ekwadorki chowają pod ubranie koce, które leżą na siedzeniach. To pierwszy znak, że jesteśmy w bardzo biednym kraju. Po szybkiej i bezproblemowej odprawie, spotykamy się przed budynkiem lotniska z resztą ekipy i już wspólnie, wynajętym busem udajemy się do BANOS. To pierwsza miejscowość na naszej trasie, około 4 godziny drogi od Quito. Banos to takie ekwadorskie Zakopane. Pięknie położona, wśród lasów deszczowych miejscowość jest centrum turystycznym z mnóstwem atrakcji typu rafting, canyoning czy wycieczki do dżungli. Docieramy tam około 2 w nocy, rzeczy zostawiamy w hostelu i idziemy na kolację.
O tej porze wszystko jest otwarte, słychać muzykę i gwar – to wszystko trochę oszałamia i ten stan będzie mi towarzyszył w Ekwadorze podczas każdego pobytu w miastach.
Jedzenie jak wszędzie w tym kraju, szokująco tanie i bardzo smaczne. Mimo ostrożności jednak, większość z nas miała kłopoty żołądkowe, które na szczęście nie trwały zbyt długo. W Ekwadorze nie omija to prawie wszystkich europejczyków.
W Banos spędziliśmy zaledwie jeden dzień – udało się zobaczyć kawałek miasta, odbyć canyoning i rafting na rzece. Spodziewałem się upałów a temperatura jest umiarkowana. W dzień 16-17 stopni. Cały czas jednak przebywamy w środkowej części Ekwadoru, gdzie wysokości miast sięgają 2600-2800 m n.p.m. i po prostu nie może być upalnie.
Zgodnie z zasadą, aby każdą noc spędzać w innym miejscu, późnym wieczorem ruszamy w góry.
EL-CHAUPI - to już nie turystyczne Banos. To kawałek prawdziwego Ekwadoru. Biedna, zaniedbana miejscowość położona u stóp ILINIZAS –naszego pierwszego celu.

Tu wszyscy patrzą na nas ciekawie, po dziurawym rynku biegają psy i czarne prosiaki, a na boisko do siatkówki miejscowy zawodnicy przyjeżdżają konno. Jest tu całkiem miły hostel o trudnej do wymówienia nazwie La Llovizna.
Właściciel ma na imię Vladimir – typowo latynoskie imię. Vladimir jest chyba miejscowym potentatem gdyż jednym telefonem potrafi załatwić transport w dowolne miejsce.
W hostelu poza nami jest jeszcze grupka Francuzów także wybierających się w góry. ILINIZAS NORTE – 5126 m n.p.m. – podjeżdżamy samochodem tak wysoko jak się da, czyli na 3900 m n.p.m. Na początek musimy dotrzeć do schronu NUEVOS HORIZONTES, który położony jest na wysokości ok. 4500 m.
To pierwsza akcja górska – wysokość dość znaczna – na pewno będą ofiary. Po dojściu do schronu nie jest tak źle – większość ekipy czuje się nieźle. W nocy jednak choroba wysokościowa zbiera pierwsze żniwo.
Pobudka wyznaczona zostaje na 6 rano. Cztery osoby w ogóle nie wstają z pryczy. Ja czuję się po prostu fatalnie. Głowa pęka i zbiera się na wymioty. Chłodne powietrze na zewnątrz nieco pomaga. Organizm dostaje więcej tlenu niż w dusznym pomieszczeniu. Jeszcze proszek od bólu głowy i powoli jest lepiej.
Początkowo łatwym terenem wspinamy się coraz wyżej – pogoda dopisuje i dość szybko pod nami w dole widać imponujące zwały chmur – widok tak dobrze znany z Tatr.
Ze wspinaniem ponad granicą chmur jest jak z czytaniem poezji Rimbaud. Znajdujesz się nagle w nierzeczywistym, wspaniałym świecie, genialnie i od niechcenia stworzonym przez naturę. I ten świat czasem trwa tylko chwilę.
Mieliśmy szczęście na ILINIZAS. Nie wiało a temperatura w pełnym słońcu była dość wysoka. W pewnej chwili z chmur w oddali ukazał się naszym oczom ogromny harmonijny stożek. Nie byliśmy pewni czy to chmury tak się wypiętrzyły, czy to szczyt góry. Tak po raz pierwszy zobaczyliśmy COTOPAXI – następny nasz cel.
O 8.45 po pokonaniu ostatniego odcinka grani 12 osób staje na szczycie. Wchodzimy kolejno – na wierzchołku mieszczę się 2 osoby, a każdy chce mieć zdjęcie. Po trzech dniach pobytu mamy pierwszą zdobycz na koncie i początek aklimatyzacji.
Schodzimy w szybkim tempie i jeszcze tego samego dnia po południu jesteśmy z powrotem w EL Chaupi. Kilka godzin odpoczynku się przyda. Czas tu płynie wolno- nikt się nigdzie nie spieszy a w sklepiku na rynku nie obowiązują nawet terminy ważności do spożycia.
Jutro ruszamy na Cotopaxi. Najpiękniejszą górę, jaką widziałem.
Schronisko Jose Ribas pod Cotopaxi leży na wysokości 4800 m n.p.m. To wysokość Mt. Blanc w Europie. Trzeba do niego podejść około 300 m z miejsca, dokąd dojeżdżają samochody.
Rejon wita nas lodowatym powietrzem, mgłą i zacinającym deszczem. W schronisku jest kilka osób – większość wspinaczy atakuje szczyt Cotopaxi - 5897 m n.p.m. wprost ze schroniska. My jednak mamy inny plan. Chcemy założyć obóz pośredni na wysokości 5200-5300 m. W dalszym ciągu chodzi o zdobywanie aklimatyzacji, poza tym atak szczytowy będzie łatwiejszy.
Następnego dnia niespiesznie wyruszamy z całym sprzętem w górę. Zgodnie z planem na 5200 udaje nam się znaleźć dobre miejsce na rozłożenie obozu. Instalujemy się w namiotach – jest trochę ciasno, śpimy w 2-osobowych po, trzech ale przynajmniej plecaki są lżejsze.
Nad nami potężna bryła COTOPAXI. Około 2 w nocy w czterech zespołach ruszamy na szczyt. Moją linę prowadzi Boguś, potem ja, na końcu Rafał. Początkowo trudno mi było złapać rytm zwłaszcza, że Boguś prowadził (facet ma na koncie CHO OYU i SHISHA PANGMA) potem jednak zgraliśmy tempo i szło się świetnie.
Technicznych trudności na Cotopaxi raczej nie ma, są natomiast strome podejścia i trzeba uważać na szczeliny. Wyprzedziliśmy pozostałe zespoły i około 5.40 stanęliśmy na krawędzi krateru, z którego wydobywają się niewielkie ilości gazu. Było jeszcze ciemno, na horyzoncie dopiero pojawiała się poświata dnia. Trochę żałowałem, że nie udało się zobaczyć wschodu słońca na szczycie, lecz i tak była wielka radość. To był wtedy mój rekord wysokości i pomyślałem sobie, że jeśli nawet reszta się nie uda to Cotopaxi i tak jest wielkim osiągnięciem.
Na szczyt weszło 13 osób. W Andy zabrałem 3 podarunki dla naszych szczytów. W kraterze Cotopaxi wylądował pierwszy.
Na chwilę wróciliśmy do El Chaupi, aby zabrać część pozostawionych tam rzeczy. Tradycyjnie późnym wieczorem wyruszamy dalej. Wygodnym busem załatwionym przez Vladimira jedziemy do Riobamba. Jest to stolica prowincji CHIMBORAZO i stąd już blisko na spotkanie z najwyższym szczytem Ekwadoru. Jest noc, podjeżdżamy pod hotel TREN DORADO, zmęczeni myślimy tylko o wygodnym łóżku – nasz kierowca nie może jednak otworzyć klapy bagażnika gdzie są nasze plecaki. Bezradnie rozkłada ręce i robi się wesoło. Pełna groteska. Trzeba znaleźć w nocy warsztat, który rozbroi tę bombę. Na szczęście udało się jeszcze zjeść kolację.
Hotel jest, jak na nasze potrzeby luksusowy. Wygodne łóżka, prysznic, ciepła woda i przestronne patio gdzie można posiedzieć na słońcu. Następny dzień to totalne lenistwo. Zgodnie stwierdzamy, że jeśli kiedyś zamieszkamy w Ekwadorze, to tylko w Riobamba. Czas spędzamy na objadaniu się, zakupach, odwiedziliśmy odległą o 35 km osadę CHAMBO z gorącymi źródłami, a wieczorem wybraliśmy się do miejscowego klubu na imprezę. Jak się potem okazało była to ostatnia dyskoteka. Następnego dnia klub został zamknięty…….
Nastroje przed Chimborazo jakoś nie były najlepsze. Może pobyt w mieście nas rozleniwił, może zapowiedź pogorszenia pogody studził nasz zapał. Cztery osoby z różnych powodów zrezygnowały w ogóle ze wspinaczki. Chimborazo to jednak 6310 m n.p.m. i szczyt znacznie trudniejszy od Cotopaxi. Wyczuwało się pewien brak wiary.
Wyruszyliśmy – auto tym razem dowiozło nas do wysokości 4700 m n.p.m. Musimy dotrzeć do schroniska WYMPER HUT na prawie 5000 m n.p.m. Jest pusto i zimno, w schronisku także – poza nami nie ma nikogo. W okolice Chimborazo zapuszczają się tylko nieliczni wspinacze i turyści. Rejon to wybitnie niegościnny.
Szary, ponury krajobraz, wszystko tonie w chmurach i mgle..Ekwadorczyk prowadzący schronisko częstuje nas zupą, która o mały włos nie wyeliminowała mnie z akcji. W nocy budzę się szybko i muszę pędzić do toalety. I tak, co godzinę. W tym tempie błyskawicznie odwodnię się i osłabnę, a o Chimborazo mogę zapomnieć.
Zaczynam brać regularnie proszki i nad ranem jest trochę lepiej. Mimo wszystko nie nabrałem sił tej nocy, a następny dzień to wspinaczka na położoną na wysokości 5500 m przełęcz Castillo gdzie zakładamy obóz.
Objuczeni ciężkimi plecakami docieramy tam późnym popołudniem. To wysokość, na której rozbicie namiotu jest sporym wysiłkiem. Po każdym gwałtowniejszym ruchu trzeba wyrównywać oddech. Ale mamy już niezłą aklimatyzację, bo wszyscy czują się dobrze.
Trudno na tej wysokości myśleć o śnie, raczej po prostu leżąc w namiocie rozmyśla się. Właściwie, dlaczego spędzamy czas w ten sposób. Każdy, kto był na wyprawie wie, jakie to zmęczenie, niewygody, brud czasem złość. Więc, po co to wszystko. Mimo wszystko chyba głównie dla siebie, jednak dla samego siebie….
Wartością samą w sobie jest oderwanie się od zwykłych „niskich” spraw, aby móc je docenić i do nich zatęsknić. Może też chce się po sobie zostawić jakiś ślad w pamięci innych. Nie było zbyt wiele czasu na takie rozważania.
Już po 23 zaczynamy się zbierać do drogi. Idę tym razem tylko z Bogusiem. Jest mroźno i początkowo nie pada śnieg. Podejścia są ciężkie i głównie lodowe. Gdzieś na wysokości 5700-5800 po przejściu trudnej ściany, w łatwiejszym już terenie, chwila mojej nieuwagi i tylko ja i Boguś wiemy, co by było gdyby……..

Przez dobrą godzinę uspokajam nerwy.
Zaczyna się zadymka śnieżna a temperatura znacznie spada. Około 4.40 docieramy na jeden z „przedwierzchołków” Ventimilla – 6275 m n.p.m. – jest to uznawane za zdobycie Chimborazo. Szczyt jest rozległy, pokryty czymś w rodzaju śniegowego kalafiora. Ciężko się po tym chodzi. Błądzimy z Bogusiem kwadrans w poszukiwaniu głównego wierzchołka, ale widoczność jest minimalna. Pozostali wchodzą na szczyt 1-2 godz. po nas.
Zejście, zwijanie zasypanych śniegiem namiotów, poszukiwanie drogi we mgle, spadające kamienie poniżej przełęczy – cały dzień, cała historia.
Akcja na Chimborazo była bardzo ciężka. Późno w nocy docieramy ponownie do Riobamba.
I znów Riobamba – dziesiątki i setki klaksonów, kolorowe ulice i wszechobecny hałas. Spaliny chwilami utrudniają oddychanie. Dzieciaki mają koniec roku szkolnego, szaleją, polewają się wodą i obrzucają jajkami. Wokół piękne dziewczyny i żebracy na rogach. Obok stojących taksówek, dwie Indianki siedzą na ulicy i pakują żywe kurczaki do skrzynek.
Tłumy ludzi na chodnikach. Ze sklepików z płytami CD wylewa się na ulice ekwadorski hip-hop. Znowu to uczucie kompletnego oszołomienia tym światem. I jeszcze Tungurahua znowu zasypuje miasto popiołem.
Ludzie chodzą w maskach. Wieczorem przy dworcu, otwierają się budy z jedzeniem. Dymią grille z pieczonym mięsem, pachną przyprawy i ostre sosy, zaczyna się nocne życie. Powietrze staje nieco czystsze.
Siedząc nocą wśród Ekwadorczyków w barze na ulicy, gdzie biedacy przychodzą najeść się za dolara czujemy się bezpiecznie. Nigdy, nikt nie okazał nam wrogości a jedzenie było wyjątkowo dobre.
Miasto późno kładzie się spać. Bary, restauracje, dyskoteki, nawet sklepy – to wszystko żyje do późnej nocy. A od rana znów tłumy na ulicach. I te piekielne klaksony.

To właśnie Riobamba….
Po dwóch tygodniach pobytu czuję się Ekwadorczykiem. Ten piękny i malowniczy, choć biedny kraj podbił nasze serca. Gdyby nie odległość, każde wakacje spędzałbym tutaj.
Ale wszechmocny czas egzekwuje swoje prawa – pora wyjeżdżać. Żegnamy się również z częścią ekipy, która wraca już do kraju. Piątka „Ekwadorczyków” odlatuje z Quito do Europy, pozostała 11-tka do Limy w Peru. Przed odlotem mamy jeszcze okazję zwiedzić stare miasto w Quito, przez co o mało nie spóźniliśmy się na samolot.
Riobamba-Quito-Lima-Santiago po niemal dobie podróży jesteśmy w stolicy Chile. Jest 4 nad ranem a my zastanawiamy się jak dotrzeć do Mendozy w Argentynie. W Chile jest upalnie i słonecznie – środek lata.
Po wielu perypetiach udaje nam się załatwić transport do Mendozy. Trasa prowadzi piękną trans andyjską drogą obfitującą w niezwykłe widoki. Granica Chilijsko-Argentyńska leży na wys. 2800 m, jedziemy, więc cały czas pod górę. Zmęczenie bierze górę i większość trasy przesypiamy.
Długo trwa odprawa na granicy, kilometrowe kolejki aut, mnóstwo papierków do wypełnienia, trochę się od tego odzwyczailiśmy w Europie. Późnym wieczorem dojeżdżamy do Mendozy.
Właściwie jedyny powód, dla którego tu jesteśmy to konieczność załatwienia pozwoleń na wejście do parku narodowego Aconcagua. Musimy też zaopatrzyć się w gaz i kupić prowiant na akcję górską.
Cały następny dzień to pospieszne załatwianie różnych spraw, w tym zamieszaniu nie zauważyliśmy, że po przekroczeniu granicy chilijsko-argentyńskiej czas zmienił się o godzinę do przodu i tylko przypadkiem nie spóźniliśmy się na autobus do PENITENTES.
Ostatnia osada przed wejściem do parku narodowego, to właściwie kilka tanich hosteli, restauracja przy trasie i firmy organizujące transport bagażu na mułach. Docieramy tam jak zwykle późnym wieczorem i od razu zabieramy się do przygotowania worków. Jutro nasze duże plecaki pojadą do bazy Plaza de Mulas na grzbietach zwierząt, a my musimy tam dotrzeć na własnych nogach.
Jeszcze późna kolacja – wspaniałe argentyńskie steki, ostatnia kąpiel i ostatnia noc w łóżku.
Aby dotrzeć do bazy w Plaza de Mulas trzeba pokonać ok. 40 km doliną HORCONES, zaczyna się od wysokości 2900 m / wejście do parku narodowego / baza jest na 4300 m.
Dużo słyszałem o tym przejściu, że jest mordercze, że upał, kurz i ogólnie ciężko. Większość ekip pokonuje trasę w 2 dni. Muszę przyznać, że dla mnie był to piękny i przyjemny trekking. Na pewno wpływ na to miał fakt, że mając ekwadorską aklimatyzację, czuliśmy się po prostu znakomicie, żadnych negatywnych skutków wysokości, robiąc kilka dłuższych postojów dotarliśmy do bazy w niecałe 8 godz. Dolina Horcones doprowadza pod ścianę Aconcagua.
Krajobraz jest surowy, to kamienista pustynia z bardzo ubogą roślinnością, oferująca jednak cała gamę kolorów. Otaczające dolinę ściany bywają czerwone, mają różne odcienie brązu i koloru żółtego.
Aconcagua jest górą tak potężną, że od swojej podstawy zajmuje powierzchnię całych Tatr. W całości można ją podziwiać właściwie tylko z odległości 30-40 km. W pobliżu obserwujemy kolejne jej ściany i zbocza. Nad Plaza de Mulas przepięknie góruje strzelisty szczyt Cerro Cuerro, pokryty śniegiem kusi swym smukłym kształtem.
Jesteśmy na wysokości 4300 m n.p.m. Stąd normalnie rozpoczyna się żmudny proces aklimatyzacji i przeciętny czas zdobywania Kamiennego Strażnika to 9-11 dni. W bazie cały czas przebywa dużo ekip wspinaczkowych, są tu namioty firm wynajmujących muły, strażnicy parkowi, lekarz, do którego należy się zgłosić po przyjściu, można w razie potrzeby skorzystać z telefonu satelitarnego a nawet kupić piwo, czy colę (bardzo drogo).
Pogodny dzień ma się ku końcowi. Z chwilą zajścia słońca robi się błyskawicznie bardzo zimno i trzeba wskakiwać do śpiwora. Zapada noc nad doliną. Tu na południowej półkuli, niebo jest całkiem inne, obce i nieznajome. Próżno szukać Wielkiego Wozu. Ale gwiazdy świecą tak mocno jak w pogodną lipcową noc u nas na Mazurach.
Około 10 rano słońce obejmuje namioty i można wychylić nosy na zewnątrz. Narada w ekipie. Część osób decyduje o jednodniowym odpoczynku w bazie. Czwórka – Krzysiek, Albert, Andrzej i ja pakuje cały sprzęt i prowiant i rusza w górę. Tego dnia mijając po drodze kolejnych wspinaczy, jeszcze raz doceniamy pobyt w Ekwadorze.
Byliśmy w znakomitej kondycji absolutnie nie odczuwając wpływu wysokości. Planowaliśmy dojść do obozu Nido de Condores na 5350 m. Po południu jednak burza śnieżna zmusza nas do biwaku na ALASKA CAMP.
Noc w Alaska Camp na 5150 m n.p.m. upłynęła spokojnie, choć byliśmy całkowicie przemoczeni. Na szczęście następny dzień przyniósł słońce i po podsuszeniu rzeczy mogliśmy ruszyć dalej.
Kolejny dzień – mijamy przełęcz Nido de Condores i kierujemy się w kierunku BERLIN CAMP – wysokości ok. 6050 m
Berlin, bo podobno znajdujące się tam dwie małe drewniane budki zbudowali kiedyś Niemcy. Część wspinaczy już stad podejmuje atak szczytowy. Nasz plan przewiduje założenie obozu jeszcze wyżej, na wypłaszczeniu znajdującym się na ok. 6150 m. Rozkładamy namioty. Jest jeszcze jasno. Szczyt Aconcagua przed nami. Wydaje się tak blisko widoczny w zachodzącym słońcu, ale to jeszcze ponad 800 m. Na tej wysokości to bardzo dużo.
To już jutro, jutro atak szczytowy. Obok nas obozują Amerykanie, którzy też jutro będą wchodzić.
6 luty 2008 – pobudka o 5 rano. Gotujemy, robimy herbatę do termosów, o 7 wychodzimy z namiotów. Jest zupełnie ciemno i piekielnie zimno. Amerykanie, którzy wyszli pół godziny przed nami, zawracają. Jest ok. – 35o.
Przez pierwszą godzinę mam problemy z palcami u rąk. Mimo rękawiczek polarowych i puchowych łapawic zamarzają mi palce. Chłopaki z kolei skarżą się na nogi, mimo że każdy z nas ma rozgrzewacze chemiczne w butach. W okolicy Indepedencia – przełęcz na 6300 wychodzi słońce i robi się nieco cieplej.
Dalej już jest mozolne posuwanie się do góry. Rozdzielamy się coraz bardziej. Krzysiek i ja pierwsi docieramy do żlebu Canaletta.
Szczyt jest, blisko ale i wysokość niebotyczna. Po prostu nie ma, czym oddychać. Robię 10 kroków i postój – 10 głębokich wdechów. Każdy już walczy samotnie, Krzysiek jest daleko przede mną, pozostali zostali w tyle. Do szczytu brakuje już tak niewiele, ale to jeszcze godziny wspinaczki. Wtedy jest się poza światem, człowiek jest tylko sam ze sobą, niewiele rzeczy ma jakiekolwiek znaczenie.
Wreszcie lekki skręt w prawo, kilka stopni skalnych i nie widzę już nic wyżej. Krzysiek woła ze szczytu – tak, to już tu…
Jeszcze kilka kroków i nad głową już tylko niebo. Jest 13.40.
W życiu czasem, niezwykle rzadko, zdarzają się magiczne chwile, chwile, kiedy wiesz, że właśnie przeżywasz coś wyjątkowego – to była właśnie ta chwila. Gdyby oddzielić od reszty świata całą Azję to właśnie stałem na jego najwyższym punkcie. Byłem na szczycie 40 minut, słynna południowa ściana Aconcagua – nie można oderwać oczu..Szkoda było schodzić.
Historie zejść ze szczytu zawsze są podobne. Po prostu chce się je mieć jak najszybciej poza sobą. O 17 byłem w namiocie. Pozostała część ekipy dotarła z dołu, więc musieliśmy schodzić aż do obozu Alaska Camp.
Emocje trochę opadły i tam dopiero poczułem jak bardzo jestem wyczerpany. Noc po zejściu spędzona tam była bardzo ciężka. Dokuczał mi ostry ból gardła i jakiś nagły katar., dodatkowo bardzo wiało. Mimo to znów wydarzyło się coś magicznego, bo kiedy zmuszony byłem w nocy wydostać się na chwilę z namiotu i stałem w huraganowym wietrze, podniosłem głowę i zobaczyłem tuż nad głową ogromny Krzyż Południa – niemal spadał na mnie z nieba.
W czwartek kontynuowaliśmy zejście – o 15 byliśmy w bazie. Tego dnia reszta ekipy – 7 osób stanęło na szczycie. Zrobiliśmy to w alpejskim stylu – nasza czwórka w 3 dni od bazy, pozostała siódemka w 4 dni, kosztowało nas to jednak sporo zdrowia. Po nocy przespanej w bazie czuję się nieco lepiej, choć gardło nadal boli. Nie czekając na zejście reszty, w 5-tkę zaczynamy schodzić na dół do Penitentes. Zostawiamy przygotowane plecaki na muły a my na lekko ruszamy.
Droga tym razem się dłuży, pogoda też jest nie najlepsza. W Penitentes jesteśmy wieczorem. W restauracji zamawiamy możliwie największe steki wołowe i dużo wina. Były tak wielkie, że jedliśmy je 3 godziny. W oczekiwaniu na resztę ekipy, która schodzi następnego dnia wieczorem, robimy krótki wypad do PUENTA DEL INCA gdzie największą atrakcją jest naturalnie utworzony przez wodę most oraz bajecznie kolorowe skały. Po za tym typowo turystyczna atmosfera. Bazar z miejscową cepelią i sympatyczne knajpki.
Wreszcie jesteśmy wszyscy razem. Po raz kolejny, nie wiem już, który, przepakowanie i suszenie namiotów i ubrań. Zostało nam jeszcze kilka dni do powrotu i ten czas spędzimy w Chile nad oceanem. Lecimy do Polski z Santiago, więc będzie blisko.
Z Argentyną pora się żegnać, choć muszę przyznać, że trudniej było się rozstać z Ekwadorem. Będzie nam brakowało Riobamba i El Chaupi. Zresztą czy na pewno?
Czasami zdaje się nam, że tęsknimy do jakiegoś odległego miejsca, w którym byliśmy kiedyś, gdy tak naprawdę tęsknimy tylko za czasem, który przeżyliśmy tam i który był dla nas udany. Czas przebrany za przestrzeń wodzi nas za nos. Wystarczy czasem pojechać w takie miejsce by zdać sobie sprawę ze złudzenia.
Argentyna pozostanie tylko wspomnieniem gór.
Po raz pierwszy chyba w Ameryce, bez pośpiechu zmierzamy do Vina del Mar na wybrzeżu chilijskim, i po raz kolejny docieramy do celu późną nocą. Ale teraz to już nie ma znaczenia. Nie musimy już zbierać sił do dalszej walki i czas przestał nas gonić. Jutro możemy spać cały dzień. Siedzimy, więc na dworcu autobusowym na stercie plecaków i karmimy bezpańskie psy. Nad ranem jedziemy do hotelu położonego blisko plaży w centrum miasta.
Następne 3 dni to już typowy wypoczynek i leczenie ran. Vina del Mar to takie chilijskie Lazurowe Wybrzeże. Miasto ciągnie się wzdłuż oceanu setkami apartamentów i hoteli. Czyste, zadbane plaże, knajpki, sklepiki. luksusowe samochody – trochę inny świat niż w Ekwadorze czy w okolicach Aconcagua.
Także, jeśli chodzi o ceny. Chile jest po prostu drogim krajem jak na warunki Ameryki Płd. Czas spędzamy leniwie, długo śpimy dużo jemy i wygrzewamy się na plaży. Jest przyjemnie, choć muszę przyznać, że trzeciego dnia miałem już dość.
Chce się już wracać do Polski. Osiągnęliśmy wszystkie zakładane cele i teraz coraz bardziej brakuje bliskich i rodzin. Może też jesteśmy już trochę zmęczeni sobą.
Podróż do Polski trwa długo. Z Vina del Mar musimy dostać się do Santiago, potem 12-godzinny lot do Madrytu i wreszcie około 10 rano wsiadamy w samolot do Warszawy, gdzie lądujemy około 14.
Ponad 26 godz. w podróży, kolejne zmiany czasu i w końcu znajomy widok z okna samolotu – wielki napis LOT CARGO, nasze malutkie lotnisko, szara Warszawa.
Ostatnie rozmowy w oczekiwaniu na bagaże, ostatnie wspólne zdjęcia. Wszyscy cieszą się z powrotu do domu.
A jednak coś nagle łapie mnie za gardło, kiedy ostatni raz ściskamy sobie dłonie. Jednak ten miesiąc spędzony wspólnie tak daleko od domu, odcisnął swoje piętro.
Rozstania nigdy nie są przyjemne, choć wiem przecież, że wkrótce znowu się spotkamy. A powrót do domu to ten etap wyprawy, na który czeka się najbardziej.

Roman Odolczyk

Serdeczne podziękowania składam mojemu sponsorowi – firmie RUSAK BUSINESS SERVICES za wszelką pomoc przy realizacji wyprawy.

DZIĘKUJĘ
- mojej rodzinie za to, że byli myślami ze mną...
- całej ekipie z wyprawy za atmosferę i pomoc
- Arthurowi Schopenhauerowi za towarzystwo


Roman Odolczyk, na co dzień pracuje w firmie Rusak Business Services (od 1990 r.) i zajmuje się spedycją lotniczą w biurze na Okęciu.

Żonaty, ma dwoje dzieci - dorosłego syna i 10 letnią córkę.
Oprócz gór jego pasją są Mazury i tamtejsze jeziora. Lubi dobrą muzykę i teatr.

Ale jego życiową pasją są góry.
Zaczynał, jak większość alpinistów od rodzimych Tatr.
Pierwszą jego wyprawą, opisaną na łamach portalu był Elbrus, potem była relacja z Tatr i ostatnio ze zdobycia Grossglocknera, najwyższej góry w austriackich Alpach.
Okazuje się, że jak ktoś bardzo chce, to doprowadzi swój zamiar do końca i zrealizuje swoje marzenie.
 
Materiał wydrukowany z serwisu www.spedycje.pl