ELBRUS - czerwiec 2006 - Twój Portal Gospodarczy - Spedycje.pl
 

ELBRUS - czerwiec 2006
 
czwartek, 21. grudnia 2006 , 22:34
 

Moja wyprawa na Elbrus
Roman Odolczyk

Trochę informacji o celu wyprawy

ELBRUS - po kabardyjsku OSZHOMAHO (góra szczęścia), w bałkarskim MINGI-TAU (podobny do tysiąca gór) - najwyższy szczyt Rosji i masywu górskiego Kaukazu położony w zachodniej części głównego łańcucha na terenie Kabardo-Bałkarii. Jest to stożek wygasłego wulkanu o dwóch szczytach: zachodni (wyższy) - 5642 m n.p.m i wschodni - 5621 m n.p.m.

 

Geologicznie, nie należy do pasma Kaukazu, lecz jest wygasłym wulkanem zbudowanym z law andezytowych, prawie w całości pokrytym lodowcami o powierzchni około 138 km2 i wiecznym śniegiem (od wys 3700-4000 m) .Z tego względu jest o ok..półtora kilometra wyższy od najwyższych otaczających go szczytów.Leży na północ od głównego pasma Kaukazu. W 1829 r zdobyto szczyt Wschodni a w 1874 - szczyt Zachodni.

 

Nazwa ELBRUS pochodzi prawdopodobnie z języka perskiego Istnieje kilka przyjętych granic między Azją a Europą na odcinku między Morzem Czarnym i Morzem Kaspijskim. Jedna z nich zakłada, że granica biegnie szczytami Kaukazu – wówczas Elbrus należałoby traktować jako najwyższy szczyt europejski

ETAP 1 - DROGA

Pomysł na wyprawę kaukaską zrodził się w mojej głowie chyba w lipcu 2005 r. Po wielu latach wędrówek po Tatrach polskich i słowackich, pomyślałem, że warto wszystkie swoje doświadczenia wspomnienia i przeżycia jakoś podsumować i zacząć nowy rozdział w przygodzie z górami.

 

Celem był ELBRUS (5642 m n.p.m) najwyższy szczyt Kaukazu. Do wyprawy zaplanowanej na czerwiec 2006 przygotowywałem się kilka miesięcy, intensywnie biegając i szlifując formę fizyczną. Gdy więc 17 czerwca spotkałem się z grupą przyjaciół z POLSKIEGO KLUBU ALPEJSKIEGO na dworcu kolejowym w Katowicach czułem, że kondycja mnie nie zawiedzie, natomiast zagadką był dla mnie wpływ wysokości na mój organizm. Nigdy bowiem do tej pory nie przebywałem tak wysoko.

 

Spotkaliśmy się w Katowicach - stąd zaczyna się nasza przygoda z Kaukazem. Ekipa liczy 18 osób z róznych stron Polski (i nie tylko) .Kierownikiem i liderem wyprawy jest Boguś Magrel - doświadczony wspinacz, himalaista, dla którego będzie to czwarty czy piąty pobyt na Kaukazie. Jesteśmy, zatem pod dobrą opieką.

 

Ruszamy. Ostatnia kawa na dworcu i pakujemy plecaki do pociągu do Przemyśla. Następnie z lekkim opóżnieniem przekraczamy granicę z Ukrainą i około 21 docieramy rozklekotanym autobusem do Lwowa.

 

Miasto jest ciemne, palą się tylko światła w oknach domów - robi to przykre wrażenie. Docieramy do domu noclegowego, rozlokowujemy się w pokojach, niestety nie ma wody. Ruszamy do miasta, udaje nam się nawet coś zjeść i wypić ukraińskie piwo. Nocą Lwów robi na mnie smutne wrażenie. Chciałbym tam wrócić na dłużej i lepiej poznać miasto. Następnego dnia wstajemy skoro świt. Jest niedziela, a w naszej grupie mamy księdza, więc Zbyszek odprawia mszę św dla chętnych. Pogoda jest cudowna, tylko upał trochę dokucza. Pakujemy się w pociąg do Moskwy. Jeszcze zrobienie zapasów wody na drogę, z głośników na dworcu leci wojskowy marsz i pociąg rusza.

 

Tak zaczyna się najbardziej chyba hardcorowy etap podróży - pociąg jest pełny, temperatura około 30 stopni, a okna w wagonach zabite na amen (zatworeno na zimu). No cóż, po 23 godzinach jazdy meldujemy się w Moskwie. Jest kolejny piękny,upalny dzień.

 

Stolica Rosji robi z kolei wrażenie metropolii, ale czas nas goni, musimy dostać się szybko na na lotnisko. Jazda busami na Szeremietiewo trwa długo, korki jak u nas, robimy trochę zdjęć.

 

Dojeżdżamy na lotnisko i zaczynamy walkę z nadbagażem - można mieć tylko 20 kg. Przepakowujemy plecaki, zakładamy dużo rzeczy na siebie (cały czas jest upał). Mam 22 kg nie jest żle. Płacę 120 rubli. Lot do Mineralnych Wód trwa ponad 2 godż i mija przyjemnie.

 

W dobrych nastrojach odbieramy bagaże (nic na szczęście nie zginęło) i już oddychamy kaukaskim powietrzem.

 

Czekają na nas Lena i Walery – Rosjanie, u których mamy się zatrzymać. Ładujemy wory na dach samochodu i w drogę. Mamy jeszcze do przebycia około 200 km.

 

Krajobraz na razie jest dosyć płaski, ale z każdą chwilą robi się coraz bardziej "kaukasko". Mijamy liczne posterunki milicyjne i wojskowe. Mamy wszystkie wymagane dokumenty i pozwolenia więc problemów nie ma. Wjeżdżamy do doliny Baksan, potężnej jak całe chyba Tatry. Wokół już monumentalne góry, jeszcze zielone zbocza, dnem doliny płynie rzeka Baksan.

 

Jednocześnie mnóstwo resztek posowieckich budowli, magazynów, metalowych konstrukcji - wszystko opuszczone i zaniedbane. Piorunujące wrażenie robią 8-10 piętrowe bloki zbudowane przez Rosjan, stojące pośród gór. Są w kiepskim stanie, ale ludzie w nich mieszkają.

 

Pod wieczór docieramy do miejscowości NEITRINO, gdzie mieszkają Lena z Walerym. Okazuje się że również mieszkają w takim bloku i to na 8 piętrze. Z podziwem patrzymy na działającą w bloku windę ale wolimy wchodzić po schodach. Mamy do dyspozycji całe piętro,dużo miejsca, kuchnia i wreszcie można się troche umyć. Jemy kolację przygotowaną przez Lenę. Wieczorem relaks, piwo i plany na następne dni. Za oknem słychać rzekę Baksan,dalekie pomruki burzy i wiatr. Rozmyślam, jak daleko jestem od domu i co teraz robią moi bliscy.

 

To dziwne - czym bardziej oddalasz się od tych, których kochasz, tym bardziej ci ich brakuje.

 

A może właśnie po to są te rozstania. Żeby to sobie uświadamiać……..

ETAP II - AKCJA

Piękna pogoda utrzymuje się cały czas. Wyspani i najedzeni schodzimy na dół po schodach. Przy windzie stoi krowa i patrzy na nas zagadkowo. Jesteśmy na Kaukazie.

 

Naszym celem na ten dzień jest aklimatyzacja. Wchodzimy na CZEGET jeden z okolicznych szczytów (3400 m n.p.m). Daje o sobie znać wydolność Łukasza zwanego potem "cyborgiem". W cudownej scenerii siedzimy na szczycie prawie w komplecie i cieszymy się widokami. Słońce jest tak mocne, że moje nieposmarowane filtrem łydki wyglądają nazajutrz, jak flaga sowiecka. W beztroskich nastrojach schodzimy do górnej stacji kolejki krzesełkowej na Czeget i zamawiamy piwo.

 

Widoczność jest dziś tak doskonała, że siadamy za budynkiem stacji na głazach i obserwujemy ELBRUS. Widać obydwa szczyty, przełęcz, skały Pastuchowa, gdzie będziemy zakładać obóz. Boguś, który jako jedyny z nas był kilka razy na szczycie mówi nam o zagrożeniach i trudnościach związanych z wejściem. Po raz pierwszy czuję bliskość góry. Elbrus jest potężny. Zdjęcia, które oglądałem wcześniej setki razy, zupełnie nie oddają tego ogromu. Czy będzie łaskawy i pozwoli się zdobyć?

 

Wieczorem tego dnia omawiamy transport i logistykę na dzień następny, który ma być początkiem właściwej akcji górskiej. Część rzeczy zostaje u Walerego, z którym jeszcze się spotkamy. Rano opuszczamy gościnne NEITRINO i udajemy się do ostatniej miejscowości pod Elbrusem - AZAU - jest to miejsce skąd kolejką górską (taką jak na Kasprowy) można wjechać do górnej stacji na wysokość 3300 m n.p.m. Transport luksusowy, tym bardziej, że mamy naprawdę sporo sprzętu,jedzenia itp..

 

Od górnej stacji kolejki ruszamy już na nogach, tempo jest dobre, mijamy "schronisko" zwane BECZKI, schrony zrobione są w ogromnych zbiornikach po paliwie. To już wysokość 3800 m n.p.m. Wokół pusto, całą trasę aż do schronu gdzie będzie nasza baza pokonujemy sami. Po drodze była jeszcze tzw DIESEL HUT -kamienny schron zbudowany poniżej ruin spalonego schroniska PRIJUT -11.

 

Schronisko spłonęło w latach 90., podobno ogień zapruszyła jakaś grupa z Węgier. Docieramy do celu - HIŻYNA - tak nazywa się miejsce, w którym zakładamy bazę. Jest to całkiem spora szopa zbita z drewna,metalu i plastiku.

 

Są prycze z desek, stół i kuchnia gazowa. Na podłodze lód, ale na głowę nie leci. Rozlokowujemy się. Jesteśmy na wysokości ok. 4200 m n.p.m, nie odczuwam wpływu wysokości, choć część z nas zaczyna chorować. Jeszcze tego samego dnia robimy podejście aklimatyzacyjne do skał PASTUCHOWA i wynosimy część depozytu.

 

Podziwiamy bezkresne widoki, okoliczne szczyty - największe wrażenie robi chyba USZBA. Niektórych z nas inspiruje do dziś.

 

Następnego dnia poranne prognozy nie są zbyt pomyslne. Wynika z nich, że nadciąga załamanie pogody. Decyzja jest szybka. Mimo krótkiej aklimatyzacji 8 z nas idzie do góry. Wnosimy namioty i resztę sprzętu powyżej SKAŁ PASTUCHOWA i tam zakładamy obóz. Jesteśmy na wysokości 4800 m n.p.m. Czuję się bardzo dobrze, ale reakcje zaczynają się spowalniać. Nawet przygotowanie posiłku wydaje się sporym wyzwaniem.

 

Pod wieczór pogoda gwałtownie pogarsza się. Sypie gęstym śniegiem, wieje huraganowy wiatr i w końcu nadciąga burza. Pioruny walą gęsto, a my kulimy się w namiotach. Noc nie należy do najprzyjemniejszych, odczuwam trochę wpływ wysokości. Wyjście o 4 rano zostaje odwołane - wiatr jest zbyt silny. Około 6 zaczyna się trochę uspokajać i powoli się zbieramy. Czterech z nas po ciężkiej nocy, decyduje się schodzić do bazy, reszta tzn Łukasz, Maciek, Wojtek i ja ruszamy do góry. Wstaje niesamowite słońce, temperatura podnosi się, widoki nieziemskie. Czuję lekki ból głowy i mdłości,  lecz po chwili wszystko mija. Przed nami kilkusetmetrowa lodowa ściana, potem bardzo, bardzo długi trawers aż do przełęczy między wierzchołkami.

 

Warunki są dobre, idziemy mając się w zasięgu wzroku. Niesamowity Łukasz ustanawia świetny czas wejścia (2,40 h od Skał). Od przełęczy jest coraz trudniej, wysokość już ponad 5400 m n.p.m.

 

Wreszcie wychodzimy na plateau szczytowe. Od wierzchołka dzieli nas kilkadziesiąt metrów - zaczynam wierzyć, że się udało.

 

Ostatnie metry - krok za krokiem i jesteśmy!!!

 

Jest około 12 w południe. Wchodzę na szczyt i padam na kolana - nie wiem, czy to zmęczenie, czy w podzięce górze, że pozwoliła się zdobyć. Przypomina się Mieczysław Karłowicz i jego słowa

"I gdy znajdę się na stromym wierzchołku sam, a naokoło
zatopione w morzu równin zakrzepłe bałwany szczytów -
wówczas zaczynam rozpływać się w otaczającym przestworzu,
przestaję się czuć wyodrębnioną jednostką ,
owiewa mnie potężny,wiekuisty oddech wszechbytu "

Jeszcze spojrzenie na północ, gdzie widać zielone, rosyjskie równiny, i na południe - kraina śniegu cały KAUKAZ przed oczami. Podobno przy dobrych warunkach można zobaczyć ze szczytu Morze Czarne.

 

Rozkładamy flagę Polską, robimy zdjęcia. Pora wracać. Wiatr jest coraz bardziej porywisty. Zabieram na pamiątkę ze szczytu mały kamyk i w drogę. Pogoda zaczyna pogarszać się, widocznośc spada.

 

Poniżej przełęczy spotykamy leżącego na śniegu prawie nieprzytomnego Słoweńca. Anton zaczyna schodzić z nami. Trwa to bardzo długo, zresztą jesteśmy już zmęczeni.

 

Dla mnie tradycyjnie zejścia są bardziej uciążliwe, zdecydowanie wolę kierunek - góra.

 

Około godz 16 jesteśmy w obozie. Jest tam już następna grupa, więc czeka nas jeszcze zejście do bazy. Wreszcie można odpocząć i zjeść coś ciepłego. Dla naszej czwórki ten dzień był bardzo szczęśliwy.

 

Następnego dnia, jeszcze 9 osób z naszej ekipy, zdobyło szczyt. Mieli bardzo ciężkie warunki w burzy i porywistym wietrze, przy widoczności spadającej chwilami do kilku metrów. My natomiast spędzamy resztę czasu w bazie grając w tysiąca, leniuchując i objadając się. W niedzielę likwidujemy bazę, pakujemy się i przy dobrej pogodzie schodzimy do stacji MIR.


Kolejka na szczęście działa, więc dosyć sprawnie dostajemy się na dół. Szaszłyk barani i piwo w barze na bazarze pod stacją smakuje wyśmienicie. Jest bardzo gorąco, wokół nas już zielone zbocza doliny. W oddali majaczy potężny ELBRUS - żegnamy się, pozostaną zdjęcia i wspomnienia.

ETAP III - POWRÓT

Znowu jesteśmy w gościnie u Leny i Walerego. Po tylu dniach spędzonych w górach, najbardziej cieszy możliwość umycia się. Emocje już trochę opadły, czeka nas teraz kilkudniowa włóczęga po okolicznych dolinach.

 

Na pierwszy ogień idzie malownicza dolina SZELDY z potężną, moreną czołową lodowca o tej samej nazwie. Przy wejściu do doliny posterunek wojskowy, sprawdzają dokumenty i pozwolenia - tak jest zresztą wszędzie. Karton papierosów i butelka wódki pozwalają nawiązać przyjazny kontakt. Pogoda nam cały czas dopisuje, jesteśmy zupełnie sami w ogromnej dolinie - nie do pomyślenia w Tatrach. Dochodzimy pod samo czoło lodowca, który jest w ciągłym ruchu – obrzuca nas kamieniami i pluje potokami wody. Są tu miejsca, gdzie chciałoby się rozbić namiot i siedzieć całymi tygodniami.

 

Następny dzień to dolina ADYR-SU - jeszcze potężniejsza i chyba jeszcze piękniejsza. Wędrujemy blisko granicy z Gruzją - coraz wyżej i wyżej. Czuję jak bym oglądał "Władcę Pierścieni" na żywo.

 

Wokół wodospady,potężne skaliste zbocza pokryte częściowo jęzorami lodowca. Znowu chciałoby się tu zostać na dłużej.

 

Termin wyjazdu zbliża się nieubłaganie. Gościmy jeszcze tylko u Leny i Walerego "na daczy" w okolicach Nalczyka (stolica Kabardo-Bałkarii). Nasi rosyjscy przyjaciele zapewniają nam wiele atrakcji - przyjemnych - jak jazdy ekstremalne motocyklem, czy latanie motolotnią, i trochę mniej przyjemnych, jak pieczenie barana, który przyjechał z nami samochodem (ały i zdrowy).

 

W czwartek wyjeżdżamy do Mineralnych Wód, skąd mamy samolot do Moskwy. Na lotnisku rosyjscy pogranicznicy chcą, po zabraniu naszych paszportów wyłudzić haracz. Zdecydowana postawa Bogusia ratuje nasze portfele, niestety tym razem skrupulatnie ważą nasze wory i płacimy dużo za nadbagaż.

 

Wydaję ostatnie 400 rubli i teraz byle do granicy z Polską. Lecimy AIR SIBERIA do Moskwy, gdzie mamy trochę czasu do odjazdu pociągu. Dzięki temu udaje się pochodzić po Placu Czerwonym i okolicach. W Moskwie około godz 23 jest jeszcze zupełnie jasno.

 

Jedziemy do Brześcia - pociąg nie jest tym razem zatłoczony i nawet niektóre okna można uchylić Mamy dużo jedzenia i picia - świętujemy urodziny Piotra.
Niebo zaciąga się i zaczyna lać deszcz.Stoję w oknie pociągu i patrzę na zapłakaną Moskwę.

 

Następnego dnia, przed południem jesteśmy w Brześciu na Białorusi. Polska na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, jak do wagonu pociągu z Brześcia do Terespola weszli nasi celnicy i wopiści – witaliśmy ich z wielką radością. To jest jednak powrót do domu.


Dalej to już była radość, pomieszana ze smutkiem. Radość z tego, że za chwilę zobaczy się swoich najbliższych, smutek że rozstajemy się z ludżmi, którzy przez te dwa tygodnie stali się nam bardzo bliscy. I z tymi mieszanymi uczuciami zameldowaliśmy się około godz 23 na dworcu Centralnym w Warszawie. Wyprawa nasza trwała 14 dni. Cała ekipa w dobrym zdrowiu i humorach wróciła do kraju.
Spotkamy się jeszcze na szlaku…

Roman Odolczyk
/za wsparcie przy wyprawie dziękuję mojej żonie Dorocie/

 
Materiał wydrukowany z serwisu www.spedycje.pl