Ludzie, pasje i ich opowieści - Twój Portal Gospodarczy - Spedycje.pl
 

Ludzie, pasje i ich opowieści
 
poniedziałek, 30. kwietnia 2007 , 06:28
 
Relacja z wyprawy na najwyższy szczyt Austrii - Grossglockner – 3798 m
Grossglockner – najwyższy szczyt Austrii, w Wysokich Taurach (Alpy), w grupie górskiej Glockner, o wysokości 3798 m n.p.m. Drugi z najbardziej znanych szczytów Alp. Wznosi się ponad lodowcami – Pasterze oraz Kodnitz Kees. Stopień trudności najłatwiejszej drogi na szczyt określany jest na PD /średnio trudna/. Pierwsze polskie wejście na szczyt – Ludwik Chałubiński z przewodnikami w 1885 r.

Do dwóch razy sztuka
 
Akt I - Porażka

 
Jest piątek 13 kwietnia, 5 rano.Siedzę na dworcu kolejowym w Krakowie. O 6.00 odjeżdża pociąg do Warszawy. To już ostatni etap podróży z Alp. Podróży, która zaczęła się 17 marca, kończy dziś – 13 kwietnia. A było tak...
Pierwszy wyjazd w Alpy zaplanowany na 17 marca od początku źle się układał. Na 3 dni przed wyruszeniem, sympatyczna Pani Małgosia rozbiła mi samochód i zamiast koncentrować się na górach, musiałem zająć się ubezpieczeniami i warsztatem samochodowym.
Wyruszyliśmy z Katowic w sile 15 osób, busem o wdzięcznej nazwie „RAKIETA”. Nazwa bardzo trafna gdyż nasi kierowcy byli na 100 % kosmitami. Najpierw jeden z nich zapomniał dokumentów, potem na autostradzie w Austrii zabrakło paliwa w aucie, w efekcie zamiast wieczorem, na miejscu, czyli na leśnym parkingu pod KALS byliśmy o 5 rano.
Po 3 godzinach „snu” w naprędce rozbitych namiotach, zbieramy się w dalszą drogę.
Jest niedziela i pogoda utrzymuje się na razie bardzo dobra, chcemy dotrzeć dziś możliwie najwyżej.
KALS to typowe – piękne i senne alpejskie miasteczko, położone w dolinie KODNITZ na wysokości ok. 1920 m n.p.m. Śniegu na tej wysokości jest niewiele, przybywa go wraz z wysokością. Szybko osiągamy nieczynne o tej porze roku schronisko LUCKNERHUTTE 2241 m n.p.m.

Dalej kierując się doliną, około 14.00 dochodzimy do schroniska STUDLHUTTE (2800 m) malowniczo położonego na niewielkim wypłaszczeniu terenu, skąd wspaniałe widoki rozchodzą się we wszystkich kierunkach.
Grossglockner jest doskonale widoczny. Krótka chwila wytchnienia i w drogę. Prognoza pogody na dzień następny jest zła i lider naszej ekipy Boguś Magrel uparcie dąży do szczytu.
Około 17 docieramy do najwyżej położonego schroniska w TAURACH WYSOKICH -  ErzHerzog-Johann-Hutte (3450 m). Pogoda zaczyna się psuć i jesteśmy porządnie zmęczeni.
Grupa 7 osób na czele z Bogusiem decyduje się na wieczorny atak szczytowy. Udaje im się około 20 już w ciemnościach stanąć na szczycie. Schodzą w rozpoczynającej się śnieżycy i noc spędzają w schronie ErzHerzog.

My schodzimy na nocleg do STUDLHUTTE mając nadzieję na stabilną pogodę następnego dnia. Schronisko STUDLHUTTE, w którym śpimy jest doskonale zorganizowane i wyposażone. Jest specjalna suszarnia na buty i sprzęt, szafki, obszerna sala jadalna, miła obsługa i znakomicie zaopatrzona kuchnia. W punkcie z pamiątkami można kupić nawet stringi z napisem Studlhutte, za jedyne 15 euro. W schronisku jesteśmy zupełnie sami i jak to zwykle bywa w górach, wieczór upływa nadzwyczaj miło.
Niestety, poranek przynosi wielkie rozczarowanie.
W nocy spadło ponad pół metra świeżego śniegu i wciąż pada. Warunki atmosferyczne uniemożliwiają jakąkolwiek działalność w górach.
Około 11.00 schodzi grupa ze schronu na 3450 m i zaczynamy odwrót. Śnieżyca, mgła, wokół słychać huk schodzących Lawin. W takich warunkach docieramy na całkowicie teraz zasypany śniegiem parking przy LUCKNERHAUS i jest to właściwie koniec. Wracamy do Polski, gorycz porażki koi trochę wizyta w drodze powrotnej na basenach termalnych w Liptowskim Mikulaszu. Rozstajemy się w Katowicach, obiecując sobie następne spotkanie pod Grossglockner zaraz po Świętach Wielkanocnych.

Akt II - Sukces

No i stało się – 10 kwietnia ponownie spotykamy się, wprawdzie w nieco innym składzie w Katowicach i ponownie wyruszamy na spotkanie z najwyższą górą Austrii.
Trasa ta sama: Cieszyn-Brno-Wiedeń-Graz-Klagenfurt-Villach-Lientz i jesteśmy. Znajomy parking leśny pod KALS - tym razem docieramy wcześnie – około 20 bez żadnych niespodzianek. Piękna pogoda, prognozy są dobre, więc jak najszybciej do namiotu, trzeba się wyspać, bo jutro czeka nas wyczerpujący dzień.
Ranek jest piękny, po porannym przymrozku słońce szybko ogrzewa powietrze i robi się wręcz upalnie.
Tym razem ekipa liczy 11 osób na czele oczywiście z „prezesem” Bogusiem Magrelem. Jest z nami również Adam Sikora, wspólnie z Bogusiem – zdobywca w 2005 r SHISHA PANGMA (8027 m).
Znamy już szlak tak, jak poprzednim razem z parkingu przy Lucknerhaus kierujemy się w stronę lodowca KODNITZ KEES. Plan jest następujący, tego dnia dochodzimy do schronu ErzHerzog-Johann-Hutte i tam spędzamy noc.
Stąd do szczytu jest ok. 450 m. Przy stabilnej pogodzie taki scenariusz gwarantuje nam prawie 100 % powodzenia. Po za tym, że zapomniałem zabrać linę z samochodu i musiałem wracać po nią spod Lucknerhutte, droga jest OK. Trochę tylko dokucza upał. Jest naprawdę gorąco, a my musimy pokonać ponad 1600 metrów w pionie.
Na lodowcu wiążemy się w trzech zespołach i około 19 docieramy do ErzHerzog. Jest to dość duże schronisko, teraz nieczynne – dostępny jest tylko mały schron w jego dolnej części.
Po upalnym dniu przychodzi mroźna noc, na szczęście w małym pomieszczeniu, gdzie 11 osób topi śnieg na maszynkach, szybko robi się ciepło.
Piękny zachód słońca przypomina trochę nasze tatrzańskie zachody, zresztą ta część Alp, jaką są Taury bardzo kojarzy mi się z Tatrami.Oczywiście pod względem wielkości i obszaru Taury przewyższają Tatry, ale mają trochę podobny charakter.
Podejście do Studlhutte i podejście do chaty Terycho na Słowacji – czyż nie są podobne?
W każdym razie bezkresny widok z tarasu schronu ErzHerzog-Johann-Hutte w kierunku zachodnim będę pamiętał na pewno do końca życia.Zasypiałem z lekką obawą o pogodę, pamiętając poprzednie załamanie, które uniemożliwiło wejście na szczyt.
Wschód słońca był chyba jeszcze piękniejszy niż zachód, dnia poprzedniego. Wstajemy o 6 rano i przed 7 jesteśmy już powyżej schronu. Droga na szczyt prowadzi początkowo dość płaskim terenem, aby stopniowo przechodzić w coraz bardziej stromy. Ostatni odcinek wspinaczki kuluarem, którym dochodzimy do małej przełączki, jest już bardzo mocno nachylony. Od przełączki zaczyna się skalna grań, którą wspinamy się coraz wyżej korzystając z metalowych trzpieni w skale, jako dodatkowej asekuracji. Teren znowu przypomina trochę Tatry – np. wspinaczkę na Kopę Lodową.
Najtrudniejszym chyba momentem jest wąska, eksponowana grzęda pomiędzy Kleinglockner (3770 m), a Grossglocknerem (3798 m), to naprawdę ciekawe wrażenie, przejść te kilka metrów, kiedy po obu stronach grzędy zieją przepaście.
Dalej teren jest nieco łatwiejszy, zresztą do szczytu stąd bardzo blisko. O 8.45 stajemy w komplecie na kopule szczytowej pod krzyżem.
Nareszcie można wyciągnąć aparaty i zrobić kilka zdjęć. Czuję ulgę i radość, że mimo różnych przeciwności losu stoję na szczycie Grossglocknera i patrzę na Austrię „z góry”.

Nie spędzamy na szczycie zbyt wiele czasu, gdyż idzie za nami kilka zespołów austriackich i może zrobić się tłoczno. Zresztą mijanie się na grani nie należy do najbezpieczniejszych. W drodze powrotnej stopniowo ściągamy z siebie ubrania, ponieważ robi się znowu upalny dzień. Wspaniale jest napić się zimnego piwa na tarasie w Studlhutte i pogrzać w alpejskim słońcu.
Pozostaje tylko zejście na parking przy Lucknerhaus, co zajmuje nam sporo czasu w coraz bardziej miękkim śniegu.
W zajeździe przy parkingu można wziąć prysznic (2,5 euro), z czego oczywiście skwapliwie korzystamy.
Ostatnie rozmowy przed odjazdem, Grossglockner przygląda się nam z oddali, doskonale widoczny w popołudniowym słońcu.
Chciałbym tu jeszcze kiedyś wrócić, choć mam wrażenie, że widzimy się ostatni raz.
Przecież jest jeszcze tyle innych wspaniałych gór na świecie.

Roman Odolczyk

Podziękowania dla kolegów z RUSAK BUSINESS SERVICES za wyrozumiałość
 
Materiał wydrukowany z serwisu www.spedycje.pl