ETAP III - POWRÓT
Znowu jesteśmy w gościnie u Leny i Walerego. Po tylu dniach spędzonych w górach, najbardziej cieszy możliwość umycia się. Emocje już trochę opadły, czeka nas teraz kilkudniowa włóczęga po okolicznych dolinach.
Na pierwszy ogień idzie malownicza dolina SZELDY z potężną, moreną czołową lodowca o tej samej nazwie. Przy wejściu do doliny posterunek wojskowy, sprawdzają dokumenty i pozwolenia - tak jest zresztą wszędzie. Karton papierosów i butelka wódki pozwalają nawiązać przyjazny kontakt. Pogoda nam cały czas dopisuje, jesteśmy zupełnie sami w ogromnej dolinie - nie do pomyślenia w Tatrach. Dochodzimy pod samo czoło lodowca, który jest w ciągłym ruchu – obrzuca nas kamieniami i pluje potokami wody. Są tu miejsca, gdzie chciałoby się rozbić namiot i siedzieć całymi tygodniami.
Następny dzień to dolina ADYR-SU - jeszcze potężniejsza i chyba jeszcze piękniejsza. Wędrujemy blisko granicy z Gruzją - coraz wyżej i wyżej. Czuję jak bym oglądał "Władcę Pierścieni" na żywo.
Wokół wodospady,potężne skaliste zbocza pokryte częściowo jęzorami lodowca. Znowu chciałoby się tu zostać na dłużej.
Termin wyjazdu zbliża się nieubłaganie. Gościmy jeszcze tylko u Leny i Walerego "na daczy" w okolicach Nalczyka (stolica Kabardo-Bałkarii). Nasi rosyjscy przyjaciele zapewniają nam wiele atrakcji - przyjemnych - jak jazdy ekstremalne motocyklem, czy latanie motolotnią, i trochę mniej przyjemnych, jak pieczenie barana, który przyjechał z nami samochodem (ały i zdrowy).
W czwartek wyjeżdżamy do Mineralnych Wód, skąd mamy samolot do Moskwy. Na lotnisku rosyjscy pogranicznicy chcą, po zabraniu naszych paszportów wyłudzić haracz. Zdecydowana postawa Bogusia ratuje nasze portfele, niestety tym razem skrupulatnie ważą nasze wory i płacimy dużo za nadbagaż.
Wydaję ostatnie 400 rubli i teraz byle do granicy z Polską. Lecimy AIR SIBERIA do Moskwy, gdzie mamy trochę czasu do odjazdu pociągu. Dzięki temu udaje się pochodzić po Placu Czerwonym i okolicach. W Moskwie około godz 23 jest jeszcze zupełnie jasno.
Jedziemy do Brześcia - pociąg nie jest tym razem zatłoczony i nawet niektóre okna można uchylić Mamy dużo jedzenia i picia - świętujemy urodziny Piotra.
Niebo zaciąga się i zaczyna lać deszcz.Stoję w oknie pociągu i patrzę na zapłakaną Moskwę.
Następnego dnia, przed południem jesteśmy w Brześciu na Białorusi. Polska na wyciągnięcie ręki. Pamiętam, jak do wagonu pociągu z Brześcia do Terespola weszli nasi celnicy i wopiści – witaliśmy ich z wielką radością. To jest jednak powrót do domu.
Dalej to już była radość, pomieszana ze smutkiem. Radość z tego, że za chwilę zobaczy się swoich najbliższych, smutek że rozstajemy się z ludżmi, którzy przez te dwa tygodnie stali się nam bardzo bliscy. I z tymi mieszanymi uczuciami zameldowaliśmy się około godz 23 na dworcu Centralnym w Warszawie. Wyprawa nasza trwała 14 dni. Cała ekipa w dobrym zdrowiu i humorach wróciła do kraju.
Spotkamy się jeszcze na szlaku…
Roman Odolczyk
/za wsparcie przy wyprawie dziękuję mojej żonie Dorocie/