Kilka dni przed akcją na CHIMBORAZO – 6310 m n.p.m., spędziliśmy w stolicy prowincji - mieście Riobamba, gdzie trochę zregenerowaliśmy siły. W Riobamba czuliśmy się jak w domu, choć trochę oszałamiał gwar, ciągłe wycie klaksonów i ruch na ulicach. Dodatkowo, położony nieopodal miasta wulkan TUNGURAHUA od kilku tygodni był aktywny i chwilami zasypywał miasto popiołem wulkanicznym. Mimo wszystko bawiliśmy się świetnie.
Na Chimborazo wyruszyliśmy z nadzieją, ale też lekką obawą spowodowana zapowiadaną niepewną pogodą oraz powagą góry. Chimborazo to góra głównie lodowa o sporym nachyleniu zboczy. Szczyt należy do najtrudniejszych technicznie gór Ekwadoru. Pokonywanie kolejnych lodowych ścian mocno dało się nam we znaki. Atak szczytowy rozpoczęliśmy już około północy. Akcja była ciężka, wysokość też dała znać o sobie. Nad ranem po około 6 godz. wspinaczki od obozu założonego na przełęczy Castillo (5500 m n.p.m.) pierwszy 5-osobowy zespół stanął na wierzchołku pośrednim –Ventimilla (6267 m n.p.m.). Widoczność była minimalna ze względu na zamieć śnieżną, samo poruszanie się po dość rozległym wierzchołku jest bardzo utrudnione przez liczne szczeliny i pęknięcia. Szczyt pokryty jest setkami lodowo-śnieżnych czap.
Zejście do obozu, zlikwidowanie go i powrót do bazy zajęło cały dzień. Dodatkową „atrakcją „ na zejściu były spadające kamienie. Jak się później dowiedzieliśmy, następnego dnia na naszej drodze zginął wspinacz ekwadorski. Trafił go kamień. Dla nas wszystkie akcje górskie w Ekwadorze zakończyły się pomyślnie.