Schronisko Jose Ribas pod Cotopaxi leży na wysokości 4800 m n.p.m. To wysokość Mt. Blanc w Europie. Trzeba do niego podejść około 300 m z miejsca, dokąd dojeżdżają samochody.
Rejon wita nas lodowatym powietrzem, mgłą i zacinającym deszczem. W schronisku jest kilka osób – większość wspinaczy atakuje szczyt Cotopaxi - 5897 m n.p.m. wprost ze schroniska. My jednak mamy inny plan. Chcemy założyć obóz pośredni na wysokości 5200-5300 m. W dalszym ciągu chodzi o zdobywanie aklimatyzacji, poza tym atak szczytowy będzie łatwiejszy.
Następnego dnia niespiesznie wyruszamy z całym sprzętem w górę. Zgodnie z planem na 5200 udaje nam się znaleźć dobre miejsce na rozłożenie obozu. Instalujemy się w namiotach – jest trochę ciasno, śpimy w 2-osobowych po, trzech ale przynajmniej plecaki są lżejsze.
Nad nami potężna bryła COTOPAXI. Około 2 w nocy w czterech zespołach ruszamy na szczyt. Moją linę prowadzi Boguś, potem ja, na końcu Rafał. Początkowo trudno mi było złapać rytm zwłaszcza, że Boguś prowadził (
facet ma na koncie CHO OYU i SHISHA PANGMA) potem jednak zgraliśmy tempo i szło się świetnie.
Technicznych trudności na Cotopaxi raczej nie ma, są natomiast strome podejścia i trzeba uważać na szczeliny. Wyprzedziliśmy pozostałe zespoły i około 5.40 stanęliśmy na krawędzi krateru, z którego wydobywają się niewielkie ilości gazu. Było jeszcze ciemno, na horyzoncie dopiero pojawiała się poświata dnia. Trochę żałowałem, że nie udało się zobaczyć wschodu słońca na szczycie, lecz i tak była wielka radość. To był wtedy mój rekord wysokości i pomyślałem sobie, że jeśli nawet reszta się nie uda to Cotopaxi i tak jest wielkim osiągnięciem.
Na szczyt weszło 13 osób. W Andy zabrałem 3 podarunki dla naszych szczytów. W kraterze Cotopaxi wylądował pierwszy.
Na chwilę wróciliśmy do El Chaupi, aby zabrać część pozostawionych tam rzeczy. Tradycyjnie późnym wieczorem wyruszamy dalej. Wygodnym busem załatwionym przez Vladimira jedziemy do Riobamba. Jest to stolica prowincji CHIMBORAZO i stąd już blisko na spotkanie z najwyższym szczytem Ekwadoru. Jest noc, podjeżdżamy pod hotel TREN DORADO, zmęczeni myślimy tylko o wygodnym łóżku – nasz kierowca nie może jednak otworzyć klapy bagażnika gdzie są nasze plecaki. Bezradnie rozkłada ręce i robi się wesoło. Pełna groteska. Trzeba znaleźć w nocy warsztat, który rozbroi tę bombę. Na szczęście udało się jeszcze zjeść kolację.

Hotel jest, jak na nasze potrzeby luksusowy. Wygodne łóżka, prysznic, ciepła woda i przestronne patio gdzie można posiedzieć na słońcu. Następny dzień to totalne lenistwo. Zgodnie stwierdzamy, że jeśli kiedyś zamieszkamy w Ekwadorze, to tylko w Riobamba. Czas spędzamy na objadaniu się, zakupach, odwiedziliśmy odległą o 35 km osadę CHAMBO z gorącymi źródłami, a wieczorem wybraliśmy się do miejscowego klubu na imprezę. Jak się potem okazało była to ostatnia dyskoteka. Następnego dnia klub został zamknięty…….