Nastroje przed Chimborazo jakoś nie były najlepsze. Może pobyt w mieście nas rozleniwił, może zapowiedź pogorszenia pogody studził nasz zapał. Cztery osoby z różnych powodów zrezygnowały w ogóle ze wspinaczki. Chimborazo to jednak 6310 m n.p.m. i szczyt znacznie trudniejszy od Cotopaxi. Wyczuwało się pewien brak wiary.
Wyruszyliśmy – auto tym razem dowiozło nas do wysokości 4700 m n.p.m. Musimy dotrzeć do schroniska WYMPER HUT na prawie 5000 m n.p.m. Jest pusto i zimno, w schronisku także – poza nami nie ma nikogo. W okolice Chimborazo zapuszczają się tylko nieliczni wspinacze i turyści. Rejon to wybitnie niegościnny.
Szary, ponury krajobraz, wszystko tonie w chmurach i mgle..Ekwadorczyk prowadzący schronisko częstuje nas zupą, która o mały włos nie wyeliminowała mnie z akcji. W nocy budzę się szybko i muszę pędzić do toalety. I tak, co godzinę. W tym tempie błyskawicznie odwodnię się i osłabnę, a o Chimborazo mogę zapomnieć.
Zaczynam brać regularnie proszki i nad ranem jest trochę lepiej. Mimo wszystko nie nabrałem sił tej nocy, a następny dzień to wspinaczka na położoną na wysokości 5500 m przełęcz Castillo gdzie zakładamy obóz.
Objuczeni ciężkimi plecakami docieramy tam późnym popołudniem. To wysokość, na której rozbicie namiotu jest sporym wysiłkiem. Po każdym gwałtowniejszym ruchu trzeba wyrównywać oddech. Ale mamy już niezłą aklimatyzację, bo wszyscy czują się dobrze.
Trudno na tej wysokości myśleć o śnie, raczej po prostu leżąc w namiocie rozmyśla się. Właściwie, dlaczego spędzamy czas w ten sposób. Każdy, kto był na wyprawie wie, jakie to zmęczenie, niewygody, brud czasem złość. Więc, po co to wszystko. Mimo wszystko chyba głównie dla siebie, jednak dla samego siebie….
Wartością samą w sobie jest oderwanie się od zwykłych „niskich” spraw, aby móc je docenić i do nich zatęsknić. Może też chce się po sobie zostawić jakiś ślad w pamięci innych. Nie było zbyt wiele czasu na takie rozważania.
Już po 23 zaczynamy się zbierać do drogi. Idę tym razem tylko z Bogusiem. Jest mroźno i początkowo nie pada śnieg. Podejścia są ciężkie i głównie lodowe. Gdzieś na wysokości 5700-5800 po przejściu trudnej ściany, w łatwiejszym już terenie, chwila mojej nieuwagi i tylko ja i Boguś wiemy, co by było gdyby……..
Przez dobrą godzinę uspokajam nerwy.
Zaczyna się zadymka śnieżna a temperatura znacznie spada. Około 4.40 docieramy na jeden z „przedwierzchołków” Ventimilla – 6275 m n.p.m. – jest to uznawane za zdobycie Chimborazo. Szczyt jest rozległy, pokryty czymś w rodzaju śniegowego kalafiora. Ciężko się po tym chodzi. Błądzimy z Bogusiem kwadrans w poszukiwaniu głównego wierzchołka, ale widoczność jest minimalna. Pozostali wchodzą na szczyt 1-2 godz. po nas.
Zejście, zwijanie zasypanych śniegiem namiotów, poszukiwanie drogi we mgle, spadające kamienie poniżej przełęczy – cały dzień, cała historia.
Akcja na Chimborazo była bardzo ciężka. Późno w nocy docieramy ponownie do Riobamba.