I znów Riobamba – dziesiątki i setki klaksonów, kolorowe ulice i wszechobecny hałas. Spaliny chwilami utrudniają oddychanie. Dzieciaki mają koniec roku szkolnego, szaleją, polewają się wodą i obrzucają jajkami. Wokół piękne dziewczyny i żebracy na rogach. Obok stojących taksówek, dwie Indianki siedzą na ulicy i pakują żywe kurczaki do skrzynek.

Tłumy ludzi na chodnikach. Ze sklepików z płytami CD wylewa się na ulice ekwadorski hip-hop. Znowu to uczucie kompletnego oszołomienia tym światem. I jeszcze Tungurahua znowu zasypuje miasto popiołem.
Ludzie chodzą w maskach. Wieczorem przy dworcu, otwierają się budy z jedzeniem. Dymią grille z pieczonym mięsem, pachną przyprawy i ostre sosy, zaczyna się nocne życie. Powietrze staje nieco czystsze.
Siedząc nocą wśród Ekwadorczyków w barze na ulicy, gdzie biedacy przychodzą najeść się za dolara czujemy się bezpiecznie. Nigdy, nikt nie okazał nam wrogości a jedzenie było wyjątkowo dobre.
Miasto późno kładzie się spać. Bary, restauracje, dyskoteki, nawet sklepy – to wszystko żyje do późnej nocy. A od rana znów tłumy na ulicach. I te piekielne klaksony.

To właśnie Riobamba….
Po dwóch tygodniach pobytu czuję się Ekwadorczykiem. Ten piękny i malowniczy, choć biedny kraj podbił nasze serca. Gdyby nie odległość, każde wakacje spędzałbym tutaj.
Ale wszechmocny czas egzekwuje swoje prawa – pora wyjeżdżać. Żegnamy się również z częścią ekipy, która wraca już do kraju. Piątka „Ekwadorczyków” odlatuje z Quito do Europy, pozostała 11-tka do Limy w Peru. Przed odlotem mamy jeszcze okazję zwiedzić stare miasto w Quito, przez co o mało nie spóźniliśmy się na samolot.
Riobamba-Quito-Lima-Santiago po niemal dobie podróży jesteśmy w stolicy Chile. Jest 4 nad ranem a my zastanawiamy się jak dotrzeć do Mendozy w Argentynie. W Chile jest upalnie i słonecznie – środek lata.
Po wielu perypetiach udaje nam się załatwić transport do Mendozy. Trasa prowadzi piękną trans andyjską drogą obfitującą w niezwykłe widoki. Granica Chilijsko-Argentyńska leży na wys. 2800 m, jedziemy, więc cały czas pod górę. Zmęczenie bierze górę i większość trasy przesypiamy.
Długo trwa odprawa na granicy, kilometrowe kolejki aut, mnóstwo papierków do wypełnienia, trochę się od tego odzwyczailiśmy w Europie. Późnym wieczorem dojeżdżamy do Mendozy.
Właściwie jedyny powód, dla którego tu jesteśmy to konieczność załatwienia pozwoleń na wejście do parku narodowego Aconcagua. Musimy też zaopatrzyć się w gaz i kupić prowiant na akcję górską.
Cały następny dzień to pospieszne załatwianie różnych spraw, w tym zamieszaniu nie zauważyliśmy, że po przekroczeniu granicy chilijsko-argentyńskiej czas zmienił się o godzinę do przodu i tylko przypadkiem nie spóźniliśmy się na autobus do PENITENTES.