Ostatnia osada przed wejściem do parku narodowego, to właściwie kilka tanich hosteli, restauracja przy trasie i firmy organizujące transport bagażu na mułach. Docieramy tam jak zwykle późnym wieczorem i od razu zabieramy się do przygotowania worków. Jutro nasze duże plecaki pojadą do bazy Plaza de Mulas na grzbietach zwierząt, a my musimy tam dotrzeć na własnych nogach.
Jeszcze późna kolacja – wspaniałe argentyńskie steki, ostatnia kąpiel i ostatnia noc w łóżku.
Aby dotrzeć do bazy w Plaza de Mulas trzeba pokonać ok. 40 km doliną HORCONES, zaczyna się od wysokości 2900 m / wejście do parku narodowego / baza jest na 4300 m.
Dużo słyszałem o tym przejściu, że jest mordercze, że upał, kurz i ogólnie ciężko. Większość ekip pokonuje trasę w 2 dni. Muszę przyznać, że dla mnie był to piękny i przyjemny trekking. Na pewno wpływ na to miał fakt, że mając ekwadorską aklimatyzację, czuliśmy się po prostu znakomicie, żadnych negatywnych skutków wysokości, robiąc kilka dłuższych postojów dotarliśmy do bazy w niecałe 8 godz. Dolina Horcones doprowadza pod ścianę Aconcagua.
Krajobraz jest surowy, to kamienista pustynia z bardzo ubogą roślinnością, oferująca jednak cała gamę kolorów. Otaczające dolinę ściany bywają czerwone, mają różne odcienie brązu i koloru żółtego.
Aconcagua jest górą tak potężną, że od swojej podstawy zajmuje powierzchnię całych Tatr. W całości można ją podziwiać właściwie tylko z odległości 30-40 km. W pobliżu obserwujemy kolejne jej ściany i zbocza. Nad Plaza de Mulas przepięknie góruje strzelisty szczyt Cerro Cuerro, pokryty śniegiem kusi swym smukłym kształtem.
Jesteśmy na wysokości 4300 m n.p.m. Stąd normalnie rozpoczyna się żmudny proces aklimatyzacji i przeciętny czas zdobywania Kamiennego Strażnika to 9-11 dni. W bazie cały czas przebywa dużo ekip wspinaczkowych, są tu namioty firm wynajmujących muły, strażnicy parkowi, lekarz, do którego należy się zgłosić po przyjściu, można w razie potrzeby skorzystać z telefonu satelitarnego a nawet kupić piwo, czy colę (bardzo drogo).
Pogodny dzień ma się ku końcowi. Z chwilą zajścia słońca robi się błyskawicznie bardzo zimno i trzeba wskakiwać do śpiwora. Zapada noc nad doliną. Tu na południowej półkuli, niebo jest całkiem inne, obce i nieznajome. Próżno szukać Wielkiego Wozu. Ale gwiazdy świecą tak mocno jak w pogodną lipcową noc u nas na Mazurach.