Grossglockner jest doskonale widoczny. Krótka chwila wytchnienia i w drogę. Prognoza pogody na dzień następny jest zła i lider naszej ekipy Boguś Magrel uparcie dąży do szczytu.
Około 17 docieramy do najwyżej położonego schroniska w TAURACH WYSOKICH - ErzHerzog-Johann-Hutte (3450 m). Pogoda zaczyna się psuć i jesteśmy porządnie zmęczeni.
Grupa 7 osób na czele z Bogusiem decyduje się na wieczorny atak szczytowy. Udaje im się około 20 już w ciemnościach stanąć na szczycie. Schodzą w rozpoczynającej się śnieżycy i noc spędzają w schronie ErzHerzog.
My schodzimy na nocleg do STUDLHUTTE mając nadzieję na stabilną pogodę następnego dnia. Schronisko STUDLHUTTE, w którym śpimy jest doskonale zorganizowane i wyposażone. Jest specjalna suszarnia na buty i sprzęt, szafki, obszerna sala jadalna, miła obsługa i znakomicie zaopatrzona kuchnia. W punkcie z pamiątkami można kupić nawet stringi z napisem Studlhutte, za jedyne 15 euro. W schronisku jesteśmy zupełnie sami i jak to zwykle bywa w górach, wieczór upływa nadzwyczaj miło.
Niestety, poranek przynosi wielkie rozczarowanie.
W nocy spadło ponad pół metra świeżego śniegu i wciąż pada. Warunki atmosferyczne uniemożliwiają jakąkolwiek działalność w górach.
Około 11.00 schodzi grupa ze schronu na 3450 m i zaczynamy odwrót. Śnieżyca, mgła, wokół słychać huk schodzących Lawin. W takich warunkach docieramy na całkowicie teraz zasypany śniegiem parking przy LUCKNERHAUS i jest to właściwie koniec. Wracamy do Polski, gorycz porażki koi trochę wizyta w drodze powrotnej na basenach termalnych w Liptowskim Mikulaszu. Rozstajemy się w Katowicach, obiecując sobie następne spotkanie pod Grossglockner zaraz po Świętach Wielkanocnych.