Co trzeciej z około 20 tys. firm transportowych grozi upadłość - alarmuje Konfederacja Pracodawców Polskich. O swoje posady powinno się obawiać wielu ze 150 tys. pracowników tej branży. Powód?
Jak podaje dziennik, z szacunków NBP wynika, że już co trzeciej firmie nie opłaca się sprzedawać towarów za granicę. A mniejsza liczba zleceń oznacza również mniejsze obroty firm transportowych - wyjaśnia gazeta.
Mocny złoty, drogie paliwa i poważne spowolnienie gospodarcze, w obliczu którego lada dzień staną kraje strefy euro. Z szacunków NBP wynika, że już co trzeciej polskiej firmie nie opłaca się sprzedawać towarów za granicę. A mniejsza liczba zleceń oznacza też mniejsze obroty firm transportowych i poważne kłopoty, zwłaszcza tych najmniejszych. Teraz dojdzie jeszcze do tego spadek wielkości zamówień od zachodnich kontrahentów. W przyszłym roku wzrost gospodarczy w strefie euro może sięgnąć ledwie 2 proc. To sygnał, że kryzys, który zaczął się w USA, teraz z opóźnieniem dociera do Europy. Najmocniej odczują go Brytyjczycy, u których już widać to w zerowym wzroście gospodarczym w pierwszym kwartale tego roku i słabnącym funcie. W ślad za spowolnieniem spada popyt na towary z importu.
- Nasi kontrahenci zmniejszyli eksport nawet o połowę, niektórzy w ogóle przestali sprzedawać za granicę - mówi Witold Wojda, prezes firmy transportowej Globsped ze Skierniewic.
Wojda ma 16 ciężarówek. Jeszcze rok temu każda z nich wykonywała po osiem kursów miesięcznie i zarabiała na czysto 5 tys. zł. Dziś Wojda ma o połowę mniej zleceń.
- Przychody firmy znacznie spadły, a o zyskach nie ma już nawet mowy - tłumaczy. - Cieszę się, gdy udaje mi się wychodzić na zero. Spadek eksportu to również wynik umocnienia się złotego. Wartość dolara stopniała do niewiele ponad 2 zł, a euro ledwie przekracza 3 zł. Wśród polskich eksporterów, którzy najmocniej odczuwają kłopoty, są m.in. firmy z branży meblarskiej.
Przed trzema tygodniami wniosek o ogłoszenie upadłości zgłosiło jedno z największych przedsiębiorstw meblarskich, Adriana, które zdecydowaną większość swojej produkcji wysyłało na eksport.
Zmniejszenie liczby zleceń to jeden problem transportowców. Drugim jest drogie paliwo. W ubiegłym roku za litr oleju napędowego przedsiębiorca płacił 2,90 zł. Dziś - mimo dużego rabatu - już 3,50 zł. Dlatego w jeszcze gorszej sytuacji niż Wojda są właściciele małych przedsiębiorstw transportowych, najbardziej podatnych na wahania koniunktury. A takich firm wśród polskich przewoźników jest najwięcej. Ponad 70 proc. ma od 1 do 4 pojazdów i zatrudnia 5 osób. Większość z nich od ponad pół roku przynosi straty. Deficyt pogłębia fakt, że wielu przewoźników jeszcze w lepszych czasach zdecydowało się na zakup nowych aut w leasingu.
- Coraz więcej przedsiębiorców woli sprzedać leasingowane pojazdy, niż dopłacać do nich w następnych miesiącach - przyznaje Piotr Warmuła, koordynator ds. rynku pojazdów ciężarowych w Europejskim Funduszu Leasingowym. Ale chętnych na ich zakup brakuje, bo popyt na auta ciężarowe spada w miarę, jak maleją zyski przewoźników. W ostatnich latach przewoźnicy zainwestowali w tabor miliony złotych. Tylko w ubiegłym roku kupili 23 tys. aut, czyli o połowę więcej niż rok wcześniej. Wstrząs na transportowym rynku jeszcze w tym roku odczujemy wszyscy. Już od jesieni importowane z Zachodu szynki, sery czy owoce mogą zdrożeć nawet o 10 proc.
Polscy przewoźnicy, broniąc się przed bankructwem, już jesienią podniosą stawki transportowe. Sytuacja być może poprawi się wraz z osłabieniem złotego. Zdaniem analityków spadek wartości polskiej waluty będzie jednak krótkotrwały.
źródło: Polska Times